Widmo krąży nad finansami. Widmo zwolnień. Zanim jednak przedstawiciele tej branży stracą pracę, chcą ją wykonywać na swoich warunkach. A przy okazji rozwijać umiejętności, które pozwolą im zmienić specjalizację czy zawód, gdy przyjdzie na to czas. Jest też druga strona medalu: w najbliższych latach sektor finansowy wcale nie przestanie być poważnym pracodawcą. Przeciwnie. Rewolucja cyfrowa oznacza wysyp ofert zatrudnienia m.in. dla programistów, speców od sztucznej inteligencji i matematyków umiejących interpretować informacje tworzone przez systemy big data. Fachowcy ci znają swoją wartość, przez co ich wymagania wobec firm ciągle rosną. Jak zarządy banków, towarzystw ubezpieczeniowych i funduszy inwestycyjnych odpowiadają na oczekiwania tej grupy?

Przetrwają najsprytniejsi
Kiedyś bankomaty wysłały na zieloną trawkę część bankowych kasjerów. Dziś zagrożone są także posady konsultantów. Powód jest oczywisty: zdolność kredytową klienta sprawdzą programy analityczne, a wirtualni doradcy odpowiedzą na jego pytania dotyczące produktów i usług. Cięciu etatów towarzyszy zamykanie oddziałów — w ubiegłym roku liczba stacjonarnych placówek zmniejszyła się w Polsce o 567, do 14,5 tysiąca. W tym roku też ubędzie kilkaset.
Agenci ubezpieczeniowi to kolejna grupa, którą sztuczna inteligencja być może kiedyś wytnie w pień. Komputerowe algorytmy wyliczają, na jakie świadczenie może liczyć klient i jaką składkę powinien płacić. Nie dość tego: dopasowują polisę do indywidualnych potrzeb, stylu życia, zdrowia i zamożności poszczególnych konsumentów. A informacje te czerpią z ogromnych zasobów danych dostępnych w sieci. Jak podkreśla Iwona Kozera, partner EY, banki i inne instytucje finansowe muszą przemyśleć, jak zrównoważyć udział nowych technologii i czynnika ludzkiego. Automatyzacja procesów — twierdzi — jest nieunikniona.
Innowacje cyfrowe są jednak nie tylko zagrożeniem dla miejsc pracy, ale też sposobem na poprawę produktywności. W przypadku skomplikowanych transakcji, jak zakup produktów inwestycyjnych, żadna nowinka IT jeszcze długo nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z doradcą. Ten zaś będzie bardziej efektywny, jeśli firma wyposaży go w sprzęt mobilny — tablet lub ultrabook pozwoli mu na szybszą sprzedaż i ograniczy liczbę papierowych dokumentów.
— Część stanowisk zniknie. Z drugiej strony, w dającej się przewidzieć przyszłości nie zabraknie ofert dla sprzedawców. Trudno też wyobrazić sobie redukcje kadrowe wśród pracowników, od których wymaga się zdolności interpersonalnych, z działu analiz, callcenter czy obsługi zamożnych klientów. Co więcej, będzie przybywać etatów dla osób wprowadzających nowe technologie — chodzi zarówno o programistów, jak i fachowców od sztucznej inteligencji — wymienia Iwona Kozera.
Konrad Wypchło, menedżer programu zarządzania danymi w ITMagination, do rozchwytywanych fachowców zalicza także statystyków, matematyków i analityków. Łączy to z coraz większym udziałem zaawansowanych analiz big data w spersonalizowanym marketingu. Bez tych ekspertów — zapewnia — banki nie byłyby w stanie szybko reagować na zmieniającą się sytuację rynkową, jeszcze lepiej odpowiadać na potrzeby klientów, przedstawiać im spersonalizowane oferty. — Na największe zarobki w IT mogli liczyć w ubiegłym roku analitycy, co nakazuje sądzić, że rynek z dużą konsekwencją będzie wchłaniał kolejnych specjalistów od nadawania ogromnym zbiorom nieuporządkowanych danych praktycznego, biznesowego wymiaru — przekonuje Konrad Wypchło.
Wyścig z maszynami
„Zwalniają, znaczy będą zatrudniać” — literackiego Lejzorka Rojsztwańca cytuje Jaromir Paszek z BPSC, który przestrzega przed demonizowaniem innowacji IT. Jego koronny argument brzmi: według czarnego scenariusza, kraje z najwyższymi wskaźnikami automatyzacji powinny mierzyć się z rosnącym bezrobociem, a tak nie jest.
— Rewolucja technologiczna — po pierwsze — przynajmniej częściowo rozwiązuje problemy demograficzne — w gospodarkach rozwiniętych mniej ludzi pojawia się na rynku pracy, niż go opuszcza. Po drugie — chociaż wszędzie coraz więcej elektroniki, wakatów wcale nie ubywa, a wojna o tzw. talenty ciągle się nasila — tłumaczy Jaromir Paszek.
Jak wynika z raportu EY, w 2007 r. co trzeci absolwent amerykańskiej Wharton School, jednej z najlepszych szkół biznesu na świecie, rozpoczynał pracę w banku, w 2015 r. już tylko co piąty. Wniosek: firmy te powinny otworzyć się na nowe uczelnie i kierunki, a w niektórych przypadkach zrezygnować z wymogu wyższego wykształcenia. Niejednemu prezesowi czy dyrektorowi HR sen z powiek spędza pozyskanie i zatrzymanie pracownika o pożądanych kwalifikacjach. A na tym ich zadanie się nie kończy.
Sukces ich instytucji zależy od tego, czy właściwie wykorzystają dostępne kompetencje w ramach różnorodnych zespołów. Przejawia się to m.in. w dopasowaniu obowiązków zawodowych i stylu pracy do oczekiwań różnych pokoleń. Jak zwykli mawiać Amerykanie, kwadratowe otwory zatyka się kwadratowymi kołkami, a okrągłe — okrągłymi.
— Doświadczeni pracownicy zazwyczaj umieją doradzać klientom, ale gorzej sobie radzą z nowinkami technologicznymi. Natomiast milenialsi w świecie internetu, mobilności i mediów społecznościowych czują się jak ryba w wodzie, tyle że często nie dysponują wystarczającą wiedzą i praktyką, żeby służyć pomocą klientom. Jeśli pierwszych przeciążymy cyfrowymi zadaniami, a drugich — analogowymi, będzie to marnowanie talentów — zaznacza Iwona Kozera.
Inna sprawa: nawet ponadprzeciętne kompetencje informatyczne nie gwarantują dożywotniego etatu w banku. Jest to jednak dobry punkt wyjścia do zmiany zawodu lub branży. Jeśli wierzyć futurologom, wyścig ze sztuczną inteligencją najczęściej będą wygrywać ci, którzy są za pan brat z technologiami IT.