Polecał wówczas odkładanie co miesiąc 5 proc. pensji na… konto oszczędnościowe. Były bankier, a później szef resortu finansów nie wspomniał o obligacjach detalicznych skarbu państwa, które mogłyby i powinny być modelowym instrumentem oszczędzania długoterminowego. Ale nie są — wynika z danych o comiesięcznej sprzedaży.

Bo choć w maju Polacy wydali na nie 852 mln zł (w kwietniu 840 mln zł, w marcu 864 mln zł), ale aż 43 proc. z tej kwoty poszło na obligacje o trzymiesięcznym terminie wykupu. Wydane na nie 363 mln zł to rekord, choć w ciemno można obstawić, że szybko zostanie pobity, bo nie od dziś wiadomo, że Polacy lubują się w lokatach krótkich, nawet jeśli ceną za to jest relatywnie niższe oprocentowanie niż w przypadku papierów o dłuższym terminie wykupu. Obligacje trzymiesięczne dają odsetki w wysokości 1,5 proc. w skali roku — to mniej niż wyniosła inflacja w maju (1,7 proc.).
Tymczasem obligacje 10-letnie mają wbudowaną marżę w wysokości 1,5 proc. w skali roku, a dodatkiem od drugiego roku odsetkowego jest wskaźnik inflacji. Oznacza to tyle, że w pierwszym roku odsetkowym odsetki wyniosą 2,7 proc., a w drugim — jeśli potwierdzą się projekcje inflacyjne NBP — oprocentowanie skoczy do 3,6 proc. W 2019 r. może to być 4,2 proc., a w 2020 r. 4,5 proc. Oprocentowanie papierów trzymiesięcznych (a także bankowych lokat czy kont oszczędnościowych) też być może będzie rosło (jeśli rosnąć będą stopy procentowe, co wcale nie jest przesądzone), ale można oczekiwać, że znaczna różnica w poziomie odsetek względem obligacji długich zostanie utrzymana.
Można przypuszczać, że wielu kupujących krótkie papiery robi to systematycznie i kupuje kolejne serie, co nie zmienia jednak faktu, że Ministerstwo Finansów schlebia gustom klientów, zamiast je kształtować w kierunku myślenia długoterminowego. Inaczej mówiąc — przedkłada wyższą sprzedaż nad walory edukacyjne. W rezultacie w maju sprzedano dziesięciolatki za ledwie 68 mln zł, co przekłada się na 8-procentowy udział w strukturze sprzedaży. © Ⓟ