Rewolucja w konkurencji przetargowej

opublikowano: 20-01-2016, 22:00

Nowe przepisy przetargowe ograniczą udział prywatnych przedsiębiorców w zamówieniach publicznych, a państwowych — na konkurencyjnym rynku.

140 mld zł — na tyle rocznie szacuje się rynek zamówień publicznych. Rząd szykuje w nich duże zmiany. Do kwietnia musimy przyjąć unijne dyrektywy, by Bruksela nie wstrzymała nam dofinansowania. Zmiany dotyczą m.in. składania dokumentów przetargowych i zmniejszenia biurokracji, cyfryzacji zamówień publicznych, zasad oceny ofert oraz wykluczania firm z konkursów. Przy okazji resort rozwoju, czyli autor projektu nowelizacji prawa zamówień publicznych, zamierza także wprowadzić konieczność zatrudniania pracowników na etat przez wielu wybranych w przetargach wykonawców czy mocniej punktować jakość. „PB” informował o tym kilka dni temu. To niejedyne proponowane zmiany.

Mniejsza konkurencja

Bruksela zaleca państwom członkowskim wprowadzenie przepisów in-house, czyli wyłączenia z zamówień publicznych zleceń udzielanych przez państwowe instytucje i spółki oraz samorządy własnym podmiotom. Kraje unijne nie mają obowiązku ich wdrażania, jednak polscy legislatorzy postanowili uporządkować ten segment rynku. Proponują, by udział podmiotów zależnych od zamawiającychw realizowaniu zlecanych przez nich kontraktów sięgał nawet 90 proc. ich potencjału.

— Ograniczy to udział podmiotów prywatnych w niektórych kontraktach, ale jednocześnie państwowe czy komunalne spółki jedynie 10 proc. działalności będą mogły prowadzić na konkurencyjnym rynku. Jeśli na przykład jeden przewoźnik kolejowy będzie miał własny zakład naprawczy, może bezprzetargowo zlecić mu wykonanie napraw, które zagospodarują 90 proc. potencjału wykonawczego, ale jednocześnie zakład taki nie wystartuje w dużym przetargu na remont taboru innego przewoźnika, bo w rynkowych kontraktach będzie mógł wykorzystać jedynie 10 proc. mocy — obrazowo tłumaczy Jan Styliński, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

Jego zdaniem, takie uporządkowanie rynku jest pozytywnym sygnałem.

— W ostatnich latach poszliśmy o krok za daleko i nawet tam, gdzie polskie firmy i samorządy mogły wykonywać prace, wykorzystując własny potencjał, organizowaliśmy przetargi, by kontrakty wykonywały zewnętrzne firmy — dodaje Jan Styliński. Podobnego zdania jest Zbigniew Kotlarek, prezes Polskiego Kongresu Drogowego. Zwraca także uwagę, że zwłaszcza samorządy coraz bardziej preferują wykonywanie prac własnymi siłami. Jako przykład podaje Warszawę, gdzie coraz więcej prac realizują komunalne jednostki. Przekonuje jednak, że w tak dużych miastach pracy wystarczy i dla państwowych, i dla prywatnych firm.

Samorządowe monopole

Na promowanie przez samorządy własnych firm uwagę zwracają także przedstawiciele branży gospodarki odpadami. W odróżnieniu od budowlańców są jednak przeciwni przepisom in-house.

— Wrócimy do komunalizacji usług i zbudujemy lokalne monopole samorządowe, niszcząc prywatną konkurencję i miejsca pracy w prywatnych przedsiębiorstwach — uważa Dariusz Matlak, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami. Przyjęta kilka lat temu tzw. ustawa śmieciowa nakazywała samorządom wybieranie podmiotów świadczących usługi odbioru i zagospodarowania odpadów w przetargach. Zlecanie prac własnej firmie było możliwe tylko wtedy, gdy wykonawcy nie udało wyłonić się w procedurze zamówień publicznych. Przedstawiciele sektora obawiają się, że wdrożenie przepisów in-house pozwoli samorządom odejść od przetargów i wzmocni rolę firm komunalnych. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Katarzyna Kapczyńska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu