Róbmy show!

Robert Korzeniowski
opublikowano: 29-06-2007, 00:00

Sport w telewizji — drażliwa kwestia. Zawsze czegoś za mało... Wszyscy chyba się zgodzą jednak z jednym: niech sportowcy nie tylko biegają jak zaprogramowani, ale też będą niczym aktorzy w teatrze. Bo wtedy jest spektakl.

Powtórzmy jasno: nie ma możliwości, by telewizja publiczna pokazywała wszystko ze świata sportu, co widz chciałby zobaczyć. Przeciwności jest kilka — przede wszystkim nierozciągalny czas i — rzecz jasna — ostra konkurencja. Do tego całości nie da się ulokować w kanale otwartym, część transmisji sportowych trafia zatem do kanałów płatnych. I tak pomstują na telewizję ci, niemający kablówki czy dekodera.

Moim zadaniem nierzadko jest chłodzić emocje i przy podejmowaniu decyzji co kupić, nie polegać na własnym widzimisię. Pomagają i badania telemetryczne, i te bardziej szczegółowe — dotyczące wyborów i potrzeb widzów. Trzeba je bardzo ostrożnie analizować, zerkając przy tym na możliwości budżetowe. To rutynowe działanie przy zakupach typu puchary świata, mityngi, mecze towarzyskie czy cykle zawodów. Oczywiście gra mi w duszy moja lekkoatletyczna przeszłość, lecz i broni mnie fakt, że królowa sportu znajduje się wśród pięciu najbardziej pożądanych przez widzów dyscyplin. Ale... Nierzadko odprawiam z kwitkiem organizatorów różnych mityngów. „Wasze imprezy nie są jeszcze na poziomie telewizyjnym, dopiero aspirują do wydarzenia wartego bezpośredniej transmisji” — mówię wprost. Proponuję wtedy krótką relację — wyniki w serwisie informacyjnym. Dla tych, których zżera ambicja, mam proste argumenty: „Jeśli to pokażemy, będzie kiepska oglądalność. I tym samym zamkniecie sobie drogę do telewizji na lata” — przekonuję.

Garstka widzów to nie efekt złośliwości z naszej strony, lecz jakości wydarzenia sportowego. Prawa rynku są nieubłagane — sprzedaje się przede wszystkim show. Gwiazdy, osobowości, smaczki i tarcia. Taka piłka nożna, to nie tylko piękne widowisko, ale też cała otoczka — także w postaci aferek, sensacyjek czy złośliwości. No i ważny warunek: by Polacy mieli cokolwiek do powiedzenia w tych dyscyplinach. Nic tak nie kręci widza, jak szansa na medal, zwycięstwo „naszych”. W takich wypadkach nie zastanawiamy się, czy „brać”, ale jak i gdzie pokazać.

Od kilkunastu miesięcy mamy większe pole do popisu, czyli TVP Sport. Wreszcie możemy kupować, nie martwiąc się, że nie będziemy mieli czegoś gdzie wyemitować. Mamy np. Copa Libertadores, biathlon czy snowboard — to Paulina Ligocka zdobyła, na naszej antenie, pierwszy w historii tej dyscypliny medal mistrzostw świata dla Polski. Mówią, że nie widać na naszym ekranie ligi koszykówki, ale za to jest II liga piłki nożnej, która ma świetną oglądalność, więc z biznesowego punktu widzenia nie płaczemy za koszykówką. Zresztą jest ona obecna na konkurencyjnych antenach. I o to chodzi. Kolejne zarzuty — nie pokazujecie Ligi Światowej siatkarzy, a zeszłoroczne mistrzostwa świata w tej dyscyplinie też transmitował Polsat. Dlaczego odpuściliście? — pytają mnie niektórzy. „To wolny rynek, w którym bierzemy aktywnie udział. Nie zawsze jest jednak tak, jakbyśmy chcieli” — bronię się.

Pamiętne mistrzostwa negocjowaliśmy równolegle z Polsatem, ale tu wyszła różnica między państwową korporacją i firmą prywatną. Konkurencja pierwsza wyłożyła odpowiednią kwotę na stół, a my jeszcze ścigaliśmy się z czasem w gąszczu procedur. Fakt, jest jeszcze jedno wydarzenie z czołowej dwudziestki najbardziej pożądanych przez polskich widzów, którego nie uświadczycie na antenie telewizji publicznej. Orange Ekstraklasa. Ale pamiętajmy, że niedługo prawa wrócą na rynek.

Na razie widzimy, jak opłaciła się nasza cierpliwość do skoków narciarskich, które — w dużym stopniu — na powierzchni trzyma osobowość człowieka z wąsem. Swoją drogą, czy może być nudniejsza dyscyplina gromadząca miliony przed telewizorami? Chyba tylko chód na 50 km... Gdybym tak ja, po wygranym wyścigu, milcząco szedł pod prysznic, omijając szpaler dziennikarzy, to zarżnąłbym chód medialnie! Pamiętam jednak finał pchnięcia kulą na igrzyskach w Atlancie, gdzie po srebrny medal sięgał zawodnik gospodarzy, John Godina. To był teatr! Godina świetnie wpasował się w scenariusz... Tak więc ponawiam apel do sportowców: róbcie show!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Robert Korzeniowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu