Jeszcze jesienią ubiegłego roku scenariusz na 2010 r. był prosty. W wyniku bezprecedensowego programu stymulacyjnego amerykańskiego rządu i Rezerwy Federalnej firmy miały zwiększać produkcję i zatrudnienie, a zachęceni konsumenci — popyt prywatny. Wiosną rynki nieśmiało wypatrywały oznak zaostrzenia polityki monetarnej. Teraz patrzą w drugą stronę.
Optymistyczny scenariusz nie sprawdza się. Impuls co prawda zadziałał, co z perspektywy jesieni 2008 r. już jest pewnym sukcesem, jednak wraz z jego wygasaniem spada tempo ożywienia. Firmy nie do końca uwierzyły w ożywienie w stylu "V" i niechętnie zwiększają zatrudnienie, a to kluczowy element mechanizmu. Bez wzrostu zatrudnienia nie będzie wyższych dochodów gospodarstw domowych.
Rynek pracy nie wygląda dobrze, zwłaszcza w zestawieniu z poprzednimi okresami ożywienia. Po recesjach z lat 1974, 81/82 i 90/91 odrabianie straconych miejsc pracy w sektorze prywatnym zajęło zaledwie od 10 do 15 miesięcy, przy czym w pierwszych dwóch przypadkach spadki zatrudnienia były dość duże i wynosiły odpowiednio 4,2 proc. i 3,5 proc.. Nieco mniejszy (relatywnie) spadek zatrudnienia z lat 2001-03 gospodarka odbudowywała już przez 23 miesiące. W USA mówiło się wtedy o tzw. jobless recovery (ożywienie bez tworzenia nowych miejsc pracy), odpowiedzią Fed był długi okres luźnej polityki monetarnej i hossa na rynku nieruchomości stymulująca popyt prywatny. Tym razem w ciągu dwóch lat (2008-09) zatrudnienie w sektorze prywatnym zmniejszyło się aż o 7,3 proc. Mimo iż zatrudnienie rośnie już od 7 miesięcy, gospodarka nie odbudowała nawet jednej dziesiątej utraconych miejsc pracy. W tym tempie obudowywanie zatrudnienia potrwałoby jeszcze… 7,5 roku. Efekt to zmiana oczekiwań wobec polityki Fed — kontrakty na przyszłe stopy Rezerwy Federalnej są najniższe w historii.
Rynek oczekuje łagodnej postawy Fed, a to ma wyraźne przełożenie na notowania walut. Dolar traci w ostatnim czasie wobec większości walut — tak głównych, jak i tych z rynków wschodzących. Rynek, analizując problemy strefy euro, zapomniał o słabości po drugiej stronie Atlantyku. Paradoksalnie, słabość amerykańskiego rynku pracy to szansa na kontynuację hossy na rynku złotego, przynajmniej do czasu.
Przemysław Kwiecień