Marcowe dane pokazujące mocne odbicie chińskiego eksportu wywołały na rynku małą euforię. Produkcja, sprzedaż i inwestycje w minionym miesiącu również odbiły. Trudno się jednak temu dziwić, jeśli w pierwszym kwartale udzielono nowych kredytów na kwotę 4.61 biliona juanów, bijąc tym samym rekord sprzed dokładnie 7 lat, kiedy Pekin panicznie ratował się (oraz świat) przed globalną recesją. To także aż o 25,6% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Co więcej Pekin miał też sporo szczęścia. Relatywna słabość dolara w ostatnim czasie spowodowała, że juan osłabił się względem koszyka walut ważonego handlem o niemal 6% w ciągu czterech miesięcy. Nie tylko wyeliminowało to potrzebę rychłej dewaluacji wobec dolara, która mogła uruchomić kryzys finansowy, ale też wsparło sektor eksportowy. Na rynku mówi się nawet o tajnym porozumieniu na szczycie G20, gdzie ustalono celowe osłabienie dolara aby zapobiec kryzysowi. Wydaje się, że jest to zbyt daleko idąca teza, choć Janet Yellen zapewne zdaje sobie sprawę z konsekwencji zbyt mocnego dolara dla juana.
Tak czy owak kombinacja ekspansji monetarnej i osłabienia juana zadziałała. Jednak Chiny już na wejściu miały nadmierne zadłużenie prywatne i wyraźne problemy z alokacją zasobów. Obecna, sztuczna poprawa koniunktury przykryje te problemy, pozwalając im jeszcze urosnąć.
Po 15% odbiciu od dołków na Wall Street sytuacja też nie jest do końca kolorowa. Od dwóch miesięcy obserwujemy wzrost indeksów i jednocześnie spadek oczekiwanej na ten rok zyskowności spółek, tendencja ta jedynie pogłębiła się w pierwszych dniach sezonu wyników. Pierwsze raporty wskazują też kontynuację tendencji z ostatnich kwartałów, tj. trudności ze zwiększaniem przychodów, w wyniku czego wskaźnik P/S powoli kieruje się ku historycznym maksimom z okresu bańki internetowej.
Wracając do wniosków ze stycznia, nadeszła nie tylko odwilż, ale wiosna w pełni. Wskaźniki sentymentu znajdują się w okolicach wykupienia i choć sygnału do odwrotu na razie nie ma, nie jest to czas na długie pozycje w equity.