Kilkanaście dni temu zakończył się nabór ubiegających się o dotacje przyznawane w 2012 r. dla samorządów w ramach Narodowego Programu Przebudowy Dróg Lokalnych.
Wynik był gorszy od oczekiwań. Zgodnie z planem do programu „schetynówek” miało się zakwalifikować 850 km dróg — aż o 1,8 tys. kilometrów mniej niż w zeszłym roku. Ostatecznie w 2012 r. przebudowanych zostanie jednak jedynie 700 km.
Dlaczego tak mało? Bo rządowy program zaplanowany na lata 2012-2015 oferuje możliwość dofinansowania do 30 proc. kosztów podejmowanych przez gminy i powiaty zadań inwestycyjno-remontowych, podczas gdy wcześniej samorządy mogły ubiegać się o 50-procentową dotację.
Mimo że mniej dróg zostanie przebudowanych, urzędnicy z sekretariatu Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji są zadowoleni z rezultatów naboru, bo wskazuje on, że gminy, choć będzie to dla nich większy wysiłek finansowy, nie ograniczają planów remontów i unowocześniania dróg. A że w większym stopniu pokryją koszty z własnych budżetów — to nie martwi resortu.
Jego urzędnicy podkreślają, że gminy i powiaty złożyły prawie tysiąc wniosków o dofinansowanie, a suma dotacji, o które się ubiegały ponad dwukrotnie przewyższyła kwotę dostępnych pieniędzy z budżetu państwa.
— To dobry znak dla rządu — mimo cięć w wysokości dopłat, chętnych wciąż nie brakuje. Niestety, planowane inwestycje często są skromniejsze niż w poprzednich latach — poinformował nas dział prasowy Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji
Podział
Na największą dotację (19 mln zł) mogą liczyć gminy i powiaty z województwa mazowieckiego, które zaplanowały modernizację i budowę 77 km dróg lokalnych. Same na ten cel wyłożą około 59 mln zł. Nieco mniej otrzyma Wielkopolska (16 mln zł). W pozostałych regionach dotacje rządowe najczęściej oscylują w granicach 10 –14 mln zł na województwo i będą przeznaczone na remont średnio 30–50 km dróg.
Najgorzej jest w województwie lubuskim. Tam do dofinansowania zakwalifikowało się zaledwie 17 km dróg powiatowych i gminnych. Łącznie na ich remont samorządy przeznaczą 23 mln zł, z czego 8,5 mln to wsparcie rządu. Niewiele lepiej jest w województwie pomorskim, gdzie jedynie 25 km dróg doczeka się do remontu.
Zarobek rządu
— Wygląda na to, że podobnie jak dotychczas gminy muszą liczyć głównie na siebie. Najlepszy rządowy program dofinansowania dróg, jaki dotychczas realizowano, czyli tzw. schetynówki, stoi pod znakiem zapytania. A przecież kalkulacja jest prosta. Rząd chce, żeby powstawały nowe drogi, ale oczekuje także zarobku. Jeśli w roku 2012 dopłata do remontowanych i budowanych dróg gminnych wyniesie 30 proc., to należy zadać pytanie, ile rząd dostanie pieniędzy z powrotem? Od wartości gminnych inwestycji drogowych trzeba policzyć 23-proc. VAT plus podatki pośrednie (PIT, CIT, akcyza itd.). Ich wysokość to około 40 proc. inwestycji. Rachunek jest prosty — rząd daje 30 proc., a dostaje w zamian około 40 proc. Tak małe dofinansowanie może spowodować, że gminy niechętnie będą realizować inwestycje w ramach schetynówek, zmniejszą się wpływy do budżetu państwa, a drogi będą bardziej przypominać ser szwajcarski, niż szwajcarskie szlaki komunikacyjne — uważa Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli w województwie lubuskim.
Skąd zatem gminy mogą wziąć pieniądze na modernizację dróg? Z Unii Europejskiej lub partnerstwa prywatno–publicznego (PPP). Niestety, oba rozwiązania mają także słabe punkty. Pieniądze unijne przeznaczone na lata 2007-2013 w zasadzie już się skończyły. Nie jest też przesądzone, ile pieniędzy na drogi może być przeznaczonych w kolejnym rozdaniu na lata 2014-2020.
— Zapowiada się ograniczenie dofinansowania projektów infrastrukturalnych, takich jak drogi. Może więc nas czekać degradacja infrastruktury drogowej, bez wielkich szans na wsparcie gminnych inwestycji drogowych z zewnątrz — przewiduje Wadim Tyszkiewicz. Wizja partnerstwa prywatno-publicznego też jest mglista. Podmioty prywatne nie palą się bowiem do finansowania inwestycji gminnych. Dlaczego? Bo ktoś musi ponieść koszty związane z inwestycją.
Zdaniem Wadima Tyszkiewicza, prywatni przedsiębiorcy chętnie weszliby we współfinansowanie inwestycji publicznych, pod warunkiem zagwarantowania im odpowiednio wysokich zysków. Z drugiej strony samorządy kalkulują, co im się bardziej opłaca — czy poniesienie kosztów obsługi kredytu, czy zapłacenie wyższej sumy za udział w inwestycji prywatnego przedsiębiorcy.
— Dopóki oczekiwania wzajemne się do siebie nie zbliżą, nie ma mowy o PPP. Chyba, że jedyną i najważniejszą korzyścią dla gminy będzie ominięcie kagańca finansowegonałożonego przez Unię Europejską i rząd — ocenia Wadim Tyszkiewicz.
Szkodzą za darmo
Gminy nie mogą także liczyć na wsparcie z tytułu pobieranego przez państwo e-myta. Podczas gdy eksperci Pracodawców RP, którzy opracowali raport „Infrastruktura drogowa i elektroniczny system poboru opłat za korzystanie z dróg krajowych”, zachwalają e-myto, samorządy narzekają, że kierowcy ciężarówek chcąc uniknąć opłat na drogach krajowych, wybierają lokalne trasy.
W efekcie niszczą je, a gmina we własnym zakresie musi sfinansować remont. W latach 90. od właścicieli aut pobierano tzw. podatek drogowy, którego część trafiała do samorządów na utrzymanie i modernizację dróg. Po zlikwidowaniu podatku i wliczeniu go do ceny paliwa, gminy zostały bez środków na utrzymanie dróg. Coraz więcej z nich jest zaś ustawowo zmuszane do przejmowania dróg krajowych czy wojewódzkich po wybudowaniu obwodnic.
— Drogi te najczęściej są w katastrofalnym stanie, a nadal odgrywają ważną rolę jako element krajowej sieci transportowej. Szczególnie dla małych gmin ten „prezent” może być przysłowiowym gwoździem do trumny — podsumowuje Wadim Tyszkiewicz.