Rząd nie zmieni swojej lewicowej filozofii

Jacek Zalewski
opublikowano: 2003-01-29 00:00

Środowiska biznesowe są zawiedzione polityką fiskalną rządu, ale przecież powinny być na nią przygotowane. Jeśli ktoś dokładnie przeanalizował programowe exposé, wygłoszone 25 października 2001 r. przez premiera Leszka Millera, to odkrył w nim zdecydowaną nadrzędność interesów elektoratu koalicji SLD-UP-PSL. Tak już jest na całym świecie, że dla rządów lewicowych zawsze ważniejsza pozostaje strona wydatkowa budżetu, w tym przede wszystkim opiekuńcze i socjalne funkcje państwa. Strona dochodowa zaś traktowana jest czysto rachunkowo — trzeba tyle i tyle ściągnąć z podatków, jako że deficyt rzeczywiście opłaca się trzymać w ryzach.

Wykorzystywanie podatkowego instrumentarium w celu pobudzania wzrostu gospodarczego przynależne jest raczej rządom liberalno-prawicowym. Najlepszym przykładem są Stany Zjednoczone, w których ekonomiczne filozofie demokratów i republikanów pozostają zupełnie inne. Jeśli dzisiaj nasi przedsiębiorcy śnią i marzą o przeniesieniu do Polski najnowszego podatkowego planu prezydenta Busha, to muszą pamiętać, iż USA i RP osiągnęły doskonałe stosunki jako podmioty państwowe, ale w polityce wewnętrznej obecna administracja waszyngtońska ma priorytety zupełnie inne niż administracja warszawska. Po raz kolejny przywołajmy symbol, jakim stało się inkorporowanie Ministerstwa Gospodarki przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej.

Zestawienie fiskalnych grzechów rządu SLD-UP-PSL (patrz str. 4) obejmuje tylko ciężary nakładane centralnie. Wypada do nich dopisać podniesienie w roku 2003 maksymalnych stawek podatków i opłat lokalnych. Na przykład pułap podatku od nieruchomości wzrósł o 233 procent (słownie: dwieście trzydzieści trzy), z 9 do 30 groszy za metr kw. Rady gmin w całym kraju jeszcze nie zwariowały i podziękowały władzy centralnej za taki prezent, uchwalając stawki na poziomie 15-18 groszy. Jednak ogólny fiskalny kierunek został wyznaczony — i Polska prędko z niego nie zawróci.