Minister Gospodarki, marszałek, a może samorządy — kto najlepiej pokieruje specjalną strefą ekonomiczną?
Po ostatnich wydarzeniach w spółce zarządzającej Wałbrzyską Specjalną Strefą Ekonomiczną (WSSE) sporo osób zastanawia się, kto powinien mieć wpływ na strefy. Trzy tygodnie temu podczas walnego nieoczekiwanie przedstawiciel ministra gospodarki nie powołał dotychczasowego zarządu na kolejną kadencję (prezes Mirosław Greber kierował WSSE od początku jej istnienia, 13 lat). W zamian wyciągnął z kapelusza dwie kandydatury osób spoza branży, za to związanych z PSL. Chociaż Skarb Państwa jest mniejszościowym udziałowcem, to liczba głosów na walnym w większości spółek zarządzających SSE daje Ministrowi Gospodarki prawo decyzji. Z tego prawa minister skorzystał ostatnio także w strefach kostrzyńsko-słubickiej i warmińsko-mazurskiej.
Bez polityki
Niektórzy sądzą, że aby dobrze współpracować, w ogóle niepotrzebne są prawa do współdecydowania.
— Miasto Lublin nie jest akcjonariuszem Mieleckiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, a żyjemy z nią bardzo dobrze — mówi Bartosz Sobotka z urzędu miasta w Lublinie.
Także ci, którzy udziały i głosy mają, czasem sądzą, że to nieważne.
— Mamy bardzo dobre relacje z prezesem strefy. Nie możemy narzekać na brak wpływu, te zależności korporacyjne nie są ważne — twierdzi Mateusz Skowroński, pełnomocnik prezydenta Katowic ds. kluczowych inwestorów (miasto ma 9 proc. udziałów i głosów w Katowickiej SSE).
Złoty środek
Nie wszyscy się z tym zgadzają. Marek Cieślak miał okazję stać po obu stronach: kiedyś jako prezes Łódzkiej SSE, dziś jako wiceprezydent Łodzi.
— Potrzebny jest zdrowy kompromis między realizacją polityki mnisterstwa a tym, czego chciałby lokalny samorząd. Obsadzenie stanowiska prezesa mogłoby podlegać resortowi, bo to w jego imieniu wydaje zezwolenia, kontroluje przedsiębiorców i to właśnie politykę resortu spółka realizuje. Ale reszta zarządu i rady nadzorcze powinny być obsadzane przez właścicieli — twierdzi Marek Cieślak.
Dodaje, że nie da się ściągać inwestorów do SSE bez samorządów.
— To one mogą wnosić aportem grunty i nieruchomości. Byłoby dobrze, gdyby udziałowcami stały się samorządy wojewódzkie — uważa Marek Cieślak.
— SSE powinny podlegać marszałkom. Co z tego, że mamy udziały w strefie, skoro nie mamy na nią wpływu? Skarbu Państwa nie interesuje, co się w strefach dzieje. Przedstawiciel SP przyjeżdża na walne, wyciąga karteczkę i informuje pozostałych udziałowców, kto będzie strefą kierować — uważa Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli.
Jeszcze dalej chce pójść prezydent Słupska.
— Strefy powinny być własnością miast i gmin — mówi Maciej Kobyliński, prezydent Słupska.
Chcieć to móc
Samorządowcy uważają, że zmiany są potrzebne i realne.
— Ministerstwo Gospodarki nie sprawdziło się jako główny właściciel SSE. Nie potrafiło wywalczyć nowelizacji ustawy o strefach, nie potrafiło wprowadzić systemu grantów dla przedsiębiorców. Jeśli posłowie i senatorowie dojdą do wniosku, że warto zmienić prawo, to trzeba to będzie zrobić — mówi Ryszard Wawryniewicz, samorządowiec ze Świdnicy.
Świdnica jest jednym z ponad 20 miast i gmin, które wciąż nie chcą się pogodzić ze zmianą zarządu w wałbrzyskiej strefie. Samorządowcy napisali list do premiera Donalda Tuska. Obiecał przyjrzeć się sprawie.