Dlaczego resort skarbu wyczyścił radę nadzorczą PKO BP.
Rekonstrukcja wydarzeń.
Między ministrem skarbu a prezesem PKO BP nigdy specjalnie chemii nie było. Teraz ich relacje zupełnie ochłodły. Sytuacja dojrzała do zmiany.
Jest 20 kwietnia tego roku. Na ten dzień PKO BP zwołał walne zgromadzenie akcjonariuszy banku. W porządku obrad jest m.in. wymiana dwóch członków rady nadzorczej. Nieoficjalnie mówi się, że chodzi o odwołanie osób powiązanych z Michałem Chyczewskim, który niedawno został zdymisjonowany ze stanowiska wiceministra skarbu odpowiedzialnego za sektor finansowy. W rzeczywistości zmiany są jednak znacznie głębsze.
Posady traci trzech członków rady (czwarty składa rezygnację), w tym przedstawiciel mniejszościowego akcjonariusza — Grupy PZU — prof. Jerzy Osiatyński, którego trudno z Michałem Chyczewskim kojarzyć. Podobnie jak pozostałych odwołanych.
Dlaczego w rok od powołania rady resort skarbu, większościowy akcjonariusz banku, zdecydował się na czystkę? Udało nam się zrekonstruować wydarzenia, które do niej doprowadziły.
Przewodnicząca wychodzi
Bezpośrednią przyczyną były wydarzenia podczas marcowego posiedzenia rady nadzorczej PKO BP. Jerzy Pruski, prezes banku, referował zebranym postępy prac nad transakcją kupna AIG Bank Polska. Rozmowy z Amerykanami o fuzji zaczęły się jesienią 2008 r. W styczniu Marzena Piszczek, szefowa rady, mówiła, że ma nadzieję, iż negocjacje zakończą się do końca miesiąca. Minął luty i marzec, a transakcja wciąż nie była zamknięta.
Rada w sprawie kupna generalnie była na "tak". Do dogrania było jeszcze wiele szczegółów: m.in. chodziło o zasady zatrudnienia ludzi z AIG (po fuzji podpadaliby pod kominówkę), prawne kwestie dotyczące licencjonowania systemów i programów wykorzystywanych przez bank itp. Zmieniła się też wycena banku w związku z przeszacowaniem portfela kredytowego AIG. Było tego sporo i podczas posiedzenia rady przewodnicząca miała wiele pytań do prezesa. Szef banku udzielał odpowiedzi, ale w końcu zaproponował, żeby zaprosić na radę doradcę wynajętego przez PKO BP do pomocy przy transakcji, który wszystko klarownie wyjaśni. A tak się składa, że czeka właśnie za drzwiami.
Jeden z członków rady uznał, że to dobry pomysł. Poparło go kilka innych osób. Sprzeciwiła się natomiast przewodnicząca, argumentując, że to prezes, a nie doradca, odpowiada za transakcję. Wówczas jeden z członków rady zaproponował podjęcie uchwały, że doradca nie zostanie zaproszony.
— Na to pani Piszczek wstała od stołu i opuściła obrady. Wydaje się, że postawę niektórych członków rady uznała za afront. Wszystkich zamurowało — opowiada osoba z PKO BP.
Zapanowała konsternacja. Pozostali uczestnicy po krótkiej dyskusji zgodzili się, żeby uchwały nie głosować. Po powrocie przewodniczącej wnioskodawca zaproponował przełożenie głosowania na następne posiedzenie.
Tyle że nie było już okazji zagłosować nad wnioskiem. Rada w takim składzie jak w marcu zebrała się jeszcze raz, ale potem walne odwołało niemal połowę składu. Tak się składa, że posadę stracili prawie wszyscy, którzy na posiedzenie chcieli zaprosić doradcę.
— Przewodnicząca chyba uznała różnicę zdań za przejaw niesubordynacji — mówi nasz rozmówca.
Co powinien prezes
Pretekst wydaje się zbyt błahy, by robić czystkę w radzie. O co więc poszło?
— Doradcy nie było w porządku obrad. Gdy pojawiła się propozycja, by go zaprosić, przewodnicząca uznała, że nie można zamieniać rady w forum dyskusyjne. Oczekiwała od prezesa Pruskiego uchwały, że chce kupić bank i przedstawić argumentację na poparcie tej decyzji. Tymczasem sprawa kupna AIG zaczęła się coraz bardziej przeciągać. Prezes Pruski nie mógł podjąć decyzji i próbował podzielić się odpowiedzialnością z radą. Gdyby fuzja okazała się niewypałem, mógłby powiedzieć, że przecież wszystko odbywało się we współpracy z właścicielem — mówi anonimowo osoba zbliżona do resortu skarbu.
Stanowisko resortu w tej sprawie nie było znane wszystkim członkom rady nadzorczej, którzy uznali, że przy tak ważnej transakcji dobrze jest wysłuchać głosu doradcy.
W sprawy resortu dobrze wprowadzona jest przewodnicząca rady. Marzena Piszczek jest znajomą i osobą zaufaną Aleksandra Grada, ministra skarbu, którą zna jeszcze z czasów, gdy był tylko posłem z Tarnowa. Szefowa rady pracuje na krakowskim Uniwersytecie Ekonomicznym i szefuje miejscowej delegaturze skarbu państwa.
Dlaczego ministerstwo, które kilka miesięcy wcześniej było gorącym zwolennikiem przejęć w wykonaniu PKO BP, nagle do fuzji straciło serce? Chyba dlatego, że nie ma go też dla Jerzego Pruskiego.
Nie udało nam się uzyskać komentarza ze strony resortu skarbu. PKO BP poinformował, że nie komentuje wewnętrznych spraw spółki.
Podobno umowa była taka, że obecny szef banku prezesem zostaje na chwilę
Resort skarbu dojrzewa do przeprowadzenia zmian w zarządzie PKO BP. Sęk w tym, że o kandydatów trudno. Kominówka robi swoje.
Dzisiaj trudno ustalić, kto wymyślił kandydaturę Jerzego Pruskiego na fotel prezesa PKO BP. Wskazuje się na środowisko związane z Leszkiem Balcerowiczem. Rzeczywiście, pracowali razem w zarządzie NBP.
To niejedyna zagadka związana z jego kandydaturą. Nie wiadomo, dlaczego poszedł do banku bez własnej ekipy. Jerzy Pruski jest świetnym ekonomistą, ale nie menedżerem banku komercyjnego. Do pracy w PKO BP potrzebował pomocników od bieżącego zarządzania. Według jednej wersji, jego ludzie odpadli podczas postępowania konkursowego. Inni twierdzą, że rada zaakceptowała wszystkich tych, którzy mieli zostać zatrudnieni w banku.
Rozwiązanie tej zagadki może kryć się w informacjach o umowie, jaką rzekomo resort skarbu zawarł z Jerzym Pruskim. Miał on przejąć stery banku tylko na pewien okres, żeby potem ustąpić miejsca komuś innemu, obejmując stanowisko wiceprezesa odpowiedzialnego za pion ryzyka w banku, albo przejść do pracy w instytucji międzynarodowej. Wersja druga jest taka: żadnego układu nie było.
— Prezes i minister odbyli rozmowę, którą potem każdy interpretował na swój sposób — opowiada jeden z naszych rozmówców.
Szef resortu uważa, że warunki umowy nie zostały dotrzymane. Z naszych informacji wynika, że na początku jesieni ubiegłego roku ministerstwo było gotowe odwołać prezesa banku. Ale wówczas wybuchł kryzys i moment na dymisję minął. Poza tym okazało się, że w kryzysowych warunkach bardzo przydaje się duża wiedza makroekonomiczna Jerzego Pruskiego. I dla banku, i dla ministra, który korzystał z rad prezesa.
Narzędzia są…
Kilka miesięcy temu Aleksander Grad publicznie zadeklarował, że darzy Jerzego Pruskiego pełnym zaufaniem. Od tego czasu sporo się jednak zmieniło.
— Między nimi nie ma i nie było chemii. Prezes Pruski jest typem profesora o ustalonych przekonaniach, który słucha argumentów, ale niekoniecznie je przyjmuje. To nie ułatwia współpracy z ministrem Gradem, który też ma zasadnicze poglądy, a ponadto z racji urzędu reprezentuje większościowego akcjonariusza — mówi osoba znająca obydwu panów.
Stosunki między nimi tak bardzo ochłodziły się, że resort — jak wynika z naszych informacji — gotów jest zmienić szefa PKO BP. Czy sprawa fuzji z AIG miała być pretekstem do dymisji?
— Trudno powiedzieć. Nie należy się jednak dziwić, że Jerzy Pruski długo rozważał decyzję w sprawie AIG, skoro nie miał poparcia ze strony organu właścicielskiego. Przy tak ważnej transakcji potrzebna jest bardzo bliska współpraca właściciela z kierownictwem banku. Tymczasem prezes został pozostawiony sam — broni Jerzego Pruskiego przedstawiciel PKO BP.
Prezes niezbyt może też liczyć na wsparcie kolegów z zarządu. Kilkakrotnie pisaliśmy, że w kierownictwie banku nie ma zgody, a niektórzy stoją wobec szefa w mniej lub bardziej jawnej opozycji. Jerzy Pruski mógł jednak liczyć na poparcie kilku wiceprezesów, żeby z powodzeniem blokować bądź przeprowadzać niektóre uchwały. Teraz wszyscy wyczuwają, że szykuje się nowe rozdanie i o konsensus w zarządzie coraz trudniej.
Z naszych informacji wynika, że w resorcie dojrzewa decyzja o zmianach w PKO BP. Tyle że ministerstwo nie bardzo ma powody, by prezesa Pruskiego zastąpić, a sam do dymisji raczej się nie poda. Bank wyniki ma niezłe i nic nie zapowiada, by miały się w przyszłości pogorszyć. Ministerstwo posiada natomiast narzędzia do przebudowy zarządu PKO BP: subordynowaną radę nadzorczą.
…ale nie ma kandydata
Inna sprawa, że nie bardzo jest kim zastąpić Jerzego Pruskiego. "Opcja Lachowskiego", czyli oddanie sterów w ręce byłego prezesa BRE Banku, podobno nie wchodzi w grę. Innych zainteresowanych odstrasza "kuroniówka", jak w PKO BP mówi się o pensjach zarządu, ograniczanych ustawą kominową do śmiesznych sześciu średnich krajowych.
Pieniądze to jedna z podstawowych przeszkód w kaptowaniu chętnych na kierownicze stanowisko w banku. W 2006 r., kiedy trwało nieustające konklawe w sprawie wyboru prezesa PKO BP, rada nadzorcza, po kolejnej nieudanej próbie wyboru kandydata, zleciła firmie headhunterskiej odpytanie najważniejszych menedżerów na rynku, dlaczego nie garną się do pracy w PKO BP. Na pierwszym miejscu wymienili niskie wynagrodzenie, a na drugim brak swobody, ograniczanej ingerencjami polityków.
Jerzy Pruski szefem PKO BP został niemal równo rok temu — 20 maja 2008 r. Kilka miesięcy wcześniej, w styczniu, porzucił posadę wiceprezesa NBP, którą sprawował od 2004 r. "Moja decyzja wynika z braku możliwości dalszego faktycznego sprawowania przeze mnie tego urzędu w sposób efektywny" — tłumaczył powody dymisji, skarżąc się, że jego rola w banku jest marginalizowana. Zanim trafił do NBP, przez sześć lat, od 1998 r., zasiadał w Radzie Polityki Pieniężnej. Trafił tam z LG Petrobanku (dzisiaj Nordea Bank), w którym zatrudnił się w 1991 r. i doszedł do stanowiska wiceprezesa.
Eugeniusz
Twaróg