Frank szwajcarski zyskał w tym roku do wszystkich ważniejszych walut. Znamy to doskonale, śledząc kurs CHF/PLN. Szwajcarska waluta jest traktowana jako azyl w okresie braku zaufania do innych walut papierowych, a szwajcarska gospodarka ciągle nie dała jeszcze bezdyskusyjnego znaku sprzeciwu. Frank ma jednak konkurenta.
Jest nim dolar nowozelandzki (NZD), który w tym roku zyskał około 13 proc. względem dolara, nieznacznie mniej niż frank. Stało się tak pomimo trzęsienia ziemi, które uderzyło w nowozelandzką gospodarkę pod koniec pierwszego kwartału. Od tego czasu lokalny dolar zyskuje nawet szybciej niż frank. Rynek nie widział pary NZD/USD tak wysoko od 30 lat. Natomiast dla NZD równie ważnym odniesieniem jest jen czy dolar australijski, a tu miejsca na dalsze umocnienie wydaje się sporo.
Tymczasem obraz makroekonomiczny nowozelandzkiej gospodarki nie jest wcale dobry. Produkcja i sprzedaż detaliczna rosną niemrawo, ubywa pozwoleń na budowy domów, a dynamika eksportu w maju wyraźnie spowolniła. Wyróżniają się jednak dwie kwestie: niski dług publiczny (około 25 proc. PKB) i wysoka inflacja (powyżej 5 proc.), która oznacza, iż bank centralny będzie musiał podnosić rekordowo niskie stopy (główna stopa została obniżona w pierwszym kwartale do 2,5 proc., aby zamortyzować skutki trzęsienia ziemi). To dwa elementy, których brakuje w przypadku dolara i euro (w strefie euro teoretycznie podwyżka jest jeszcze możliwa, ale rynek patrzy w przyszłość, zastanawiając się, czy EBC nie będzie musiał zrobić sobie długiej pauzy).
Przypadek pozornie odległych walut: franka i dolara nowozelandzkiego, pokazuje paradoks sytuacji na rynku walutowym. Niezależnie od perspektyw makroekonomicznych brak obciążenia takimi czynnikami jak wysoki dług publiczny czy niebudząca zaufania polityka monetarna oznacza, iż waluta na tle dolara, euro czy funta staje się atrakcyjna.
Przemysław Kwiecień