SKO nie upadło
Dzieckiem będąc usłyszałem, że nie mam co liczyć, iż książką, która odmieni moje życie, będzie książeczka czekowa taty. Na pocieszenie dostałem radę, którą streszczono mi w trzech słowach: Szkolna Kasa Oszczędności.
SKO to było coś. Pomarańczowo-różowe, rozkładane książeczki, w które pani wychowawczyni wspisywała kwoty wyciągane „na SKO” od rodziców. I plany — zaoszczędzę na rower, piłkę, namiot, wędkę. Bo takie dobra przedstawiały rysunki zdobiące książeczkę.
Nikt nie znał zasad, które rządziły kasami. Każda z nich miała swój rachunek w PKO — jedynym banku, z którego usług mogli korzystać klienci indywidualni.
Święte było przekonanie, że wraz z upadkiem komunizmu, upadnie idea SKO. Tymczasem nic takiego się nie stało.
— W Polsce jest 4200 Szkolnych Kas Oszczędności — twierdzi biuro prasowe banku PKO BP SA.
Podobno w samym województwie mazowieckim jest ich ponad 300. Nie wiadomo jednak, ile pieniędzy — nawet w skali całego kraju — dzieci zdołały do tej pory uzbierać, ponieważ bank, nawet jak wie, to nie chce ujawnić kwoty.
Oprocentowanie nie zwala z nóg — 7 proc. w skali roku. Aby było jeszcze smutniej, bank nalicza odsetki raz do roku.
Na koniec prywata. Kończąc podstawówkę, na SKO miałem jeszcze 22 bardzo-stare-złote. Dobrze zgaduję, że nie ma szans na odzyskanie czegokolwiek?
Pawełek Zielewski
METAMORFOZA: Dzisiejsze książeczki to nie pomarańczowo-różowe rozkładane tekturki, ale przypominające jako żywo „dorosłe” książeczki oszczędnościowe.