Śladami Ho Chi Minha

Karolina Guzińska
25-04-2003, 00:00

Klimat wietnamskiej ulicy: ludzie siedzą w kurzu — i jedzą, szyją ubrania, strzygą włosy, kosmetyczki depilują klientki...

Liche chatynki w delcie Mekongu i przepych sajgońskich domów towarowych z najnowszą kolekcją Versace... Uśmiechy i spokój tubylców. Bliskowschodnia grzeczność sprzedawców i tabliczki: „kliencie, pozwól się obsłużyć!”. Na ulicach — dzieci w czerwonych chustach pionierów i komunistyczna propaganda: „Budujemy i odnawiamy nasz kraj, by był piękniejszy i bardziej perfekcyjny”. Hasła: „Matko, karm dziecko piersią!”... Wietnam we wspomnieniach podróżników.

— Ludzie siedzą na zewnątrz, w kurzu — i jedzą... Wszystko robią na ulicy: szyją ubrania, strzygą włosy, kosmetyczki depilują klientki za pomocą zwykłej nici... Bardzo bolesny zabieg, nie polecam! — mówi Agnieszka Kuligowska, dyrektor personalny w Bonnier Business.

Klimat wietnamskiej ulicy: tłum ludzi i motorowerów, sprawnie przeciskających się wąskimi zaułkami... Auta nie przestrzegające zasad ruchu drogowego: zamiast używać kierunkowskazów — trąbią...

— Widziałem 5 osób — pewnie całą rodzinę — na jednym motorowerze. I ludzi wożących nimi świnie, krowy, klatki z kurami... Charakterystyczne są wietnamskie stroje — wszyscy noszą mundurki! Każda szkoła, a nawet firma ma własny uniform... No i propaganda: rządowe agencje oprowadzają turystów po pokazowych świątyniach, plantacjach... — wspomina Mateusz Karasiński, właściciel biura podróży MK Tramping z Krakowa.

Przybyszów fascynują wietnamskie bazary.

— Gwarne, wesołe miejsca. Handel trwa od bladego świtu do nocy. Kobiety w szpiczastych kapeluszach, sterty bananów, kokosów, ananasów, sporo drobiu... Wstawaliśmy wcześnie rano, by zobaczyć, co się dzieje na bazarze. To mnie ciekawiło w miastach. A wieś? Zielone, ryżowe pola ciągnące się po horyzont... I wieśniacy, którzy wszystkie prace rolne wykonują ręcznie — opowiada Mateusz Krzyżosiak, doktorant Instytutu Fizyki Politechniki Wrocławskiej.

Największa przygoda, jaką przeżył w Wietnamie, to podróż autobusem w towarzystwie... kilkudziesięciu prosiaczków.

— Koszyczki z nimi załadowano do luków bagażowych. Kilka koszy się nie zmieściło, więc przywiązano je na dachu. Pisk i zapach można sobie wyobrazić... — dodaje Mateusz Krzyżosiak.

Nie tylko obyczaje na wietnamskich drogach zaskakują turystów. Dziwi pozytywny stosunek tubylców do Ameryki.

— Noszą koszulki z napisem „I love USA”, sprzedają amerykańskie gadżety. W Wietnamie widać zarówno firmy, jak i turystów z USA. Sądzę, że ludzie chcą uciec od komunizmu — i od razu sięgają do górnej półki — uważa Mateusz Karasiński.

Rytm dnia wyznaczają posiłki. Trzy razy dziennie je się ryż. Kilka gatunków — do wyboru.

— W porze obiadu życie zamiera. W barach nie da się wetknąć szpilki. Serwują owoce morza, makaron, ryż... wszystko okraszone lokalną zieleniną. Popijają miejscowym piwem — nieźle smakuje Tiger beer... Po obiedzie — między 12 a 14 — niczego nie załatwisz. Sjesta. Ludzie śpią, gdzie popadnie: na ulicznych murkach, w cieniu buddyjskich świątyń, na hamakach rozwieszonych przy barach i... wzdłuż dróg! Tak, bo na obiad zatrzymują się nawet dalekobieżne autobusy. Chcesz czy nie — wysiadasz i idziesz jeść. Miskę ryżu dostajesz i odpoczywasz przy drodze — opowiada Agnieszka Kuligowska.

Ekskluzywne jedzenie to np. węże. Cóż z tego, że są pod ochroną? W Wietnamie wszystko, co żyje, trafia na talerz. Zwierzęta spotyka się na targu — miłośnik fauny nie ma w tym kraju czego szukać...

— Wąż smakuje jak ryba. Próbowałam, popijając — jak tubylcy — słodką wódką. Okazało się, że to pszczoły zalane spirytusem... — dodaje Agnieszka Kuligowska.

Mateusz Karasiński opisuje apteczne wystawy, zapełnione butelkami leków z wężami w środku: od maleńkich gadów, po dwumetrowe okazy. Bogaci Wietnamczycy piją też wężowe wódki: wrzucają do alkoholu gadzie wątroby lub — jeszcze bijące — serca.

— Wietnam to raj dla smakoszy. Jedzenie jest najlepsze w Azji: drób, ryby, owoce morza... I tanie. Kilogram kraba kosztuje tu 5 USD! Polecam zaszczepienie się przeciw żółtaczce i stołowanie na ulicy. Wietnamskie rodziny dużo gotują, a to, co zostanie, sprzedają na ulicach... Żywiłem się w ten sposób i nigdy nie chorowałem — przekonuje Mateusz Karasiński.

O ile w Chinach nie sposób kupić chleba, w Wietnamie można zjeść świeżą bagietkę.

— Żaby, ślimaki i bagietki to pewnie pozostałość po okupacji francuskiej... Jadłem bagietki nadziewane czymś ostrym, o gumowatej konsystencji — wolałem nie dociekać, co to było... — mówi Mateusz Krzyżosiak.

Wietnamczycy postawili na turystykę. Czerpią zysk nawet z pozostałości po wojnie z Ameryką — zwiedzać można strefę zdemilitaryzowaną wzdłuż 17. równoleżnika, dzielącą niegdyś Wietnam Północny od Południowego. Albo poznać klimat dawnej wojny — pełznąc podziemnymi tunelami Cu Chi, ciągnącymi się aż do granicy z Kambodżą. Dały one schronienie tysiącom partyzantów...

— Ciemno, ciasno, gorąco... Trzeba czołgać się na kolanach — wysoka osoba nie ma szans. Nie zmieści się. A i tak tunele poszerzano dla turystów! Bo w porównaniu z Wietnamczykami biali są naprawdę „big size”... Przebywałam pod ziemią 10 minut i już miałam dość! Niewiarygodne, że wietnamscy partyzanci żyli tam przez lata! — dziwi się Agnieszka Kuligowska.

W tunelach są kuchnie, sypialnie, gniazda karabinów maszynowych... Całe miasta. Budowały je przeważnie drobne dziewczyny. Nocami. Ziemię wynoszono w czapkach i wsypywano do wody lub od razu sadzono w niej rośliny — dla niepoznaki... Broniąc się przed wykryciem przez wroga, partyzanci opracowali specjalny system komunikowania się: np. dym wypuszczano kilkudziesięcioma otworami kominowymi...

— Widziałam też pułapki na amerykańskich żołnierzy: najeżone metalowymi palami zapadnie i kolczatki spadające z sufitu po otwarciu drzwi wietnamskiej chaty. Przerażające! — mówi Agnieszka Kuligowska.

Cokolwiek zwiedzasz w Wietnamie, musisz wpierw posłuchać opowieści o Najlepszym Prezydencie, Największym Przywódcy, Ojcu Narodu, Wujku Ho... Żelazny punkt programu to mauzoleum Ho Chi Minha w Hanoi.

— Wielka, masywna sala. Żołnierze w galowych mundurach. Na baczność. Ani drgną. Znają powagę miejsca — strzegą skarbu. Wokół przewija się skupiony tłum. Równiutko, dwójkami. Sączy się delikatne, czerwono-pomarańczowe światło. Siwiuteńkie włosy opadły na wymoszczoną poduszkę. Ręce spoczywają w bezruchu na atłasowym, ciemnogranatowym przykryciu. Słynna bródka jest równo przycięta. Oczy zamknięte. Ho Chi Minh jakby śpi w szklanej trumnie... Spoczywa tak od 1973 r. i przyciąga rzesze turystów — opisuje mauzoleum Jan Żdżarski Jr., fotograf podróżnik.

Przekonał się, że Wietnamczycy nadal kochają i poważają swojego wodza.

— „Był najlepszym przywódcą. Musimy kontynuować jego dążenia, działać według jego wskazówek”, powiedział mi — całkiem serio — 24-letni barman. A Lan, przewodnik wycieczek, dodał, że Wielki Wódz wiele zrobił dla kraju: podpisał w 1945 r. deklarację o niepodległości Wietnamu i tym samym proklamował utworzenie Demokratycznej Republiki Wietnamu... — dziwi się Jan Żdżarski Jr.

Dla Mateusza Krzyżosiaka odwiedziny mauzoleum to zamknięcie swoistego tryptyku: Lenin w Moskwie, Mao w Pekinie i Ho Chi Minh w Hanoi.

— Każdego roku mumia Ho Chi Minha wyjeżdża do Moskwy na kilkumiesięczną konserwację. Wtedy mauzoleum jest zamknięte — wyjaśnia.

Wietnam oferuje więcej niż pola bitewne i mauzoleum Wodza. Bezkresne plaże w Da Nang, górski kurort Sa Pa, skały wyrastające z pól ryżowych w Nam Dinh, park narodowy Cat Ba, zatoka Halong Bay — ponad 5 tys. skalistych wysepek — zwana „Bajecznym Smokiem wchodzącym do morza”... I miasta: Hanoi — stolica Socjalistycznej Republiki Wietnamu, Ho Chi Minh — czyli Sajgon, Hue — dawna, cesarska stolica, Hoi An, Da Nang, Nha Trang. Rejsy statkiem po Morzu Południowochińskim, nurkowanie na rafach koralowych w zatokach, zwiedzanie ruin starożytnego miasta My Son, rejsy po Pachnącej Rzece, buddyjskie pagody, katolickie kościoły i świątynie kadoistyczne (synkretyczna religia łącząca kilka wyznań)...

— Zatoka Halong Bay to atrakcja na skalę światową. Jedno z najciekawszych zjawisk krasowych. Uskok, ciągnący się od północnego Wietnamu do południowej Tajlandii. Kręcono tam wiele filmów: m.in. „Indochiny” i jedną z przygód Jamesa Bonda — wyjaśnia Mateusz Karasiński.

Turystów przyciąga też delta Mekongu rozciągająca się na 40 tys. km kw. — mnogość kanałów i rzeczek, po których pływają łódeczki przewożące ludzi i towary. Mieszkańcy delty żyją w domkach na palach — wszystko robią na wodzie: myją się, piją, jedzą...

— Rewelacyjne są wietnamskie krajobrazy: góry schodzące do morza, dżungla, ryżowe pola i wsie... Pomysł na zwiedzanie tego kraju to turystyka rowerowa. Bo co kilometr to inny pejzaż: buddyjska świątynia, wioska, dzika plaża... Można też wybrać się na spływ — w ten sposób dociera się do wielu buddyjskich świątyń. Drewniane łódeczki wpływają do jaskiń i wypływają z nich... — opowiada Mateusz Kara- siński.

Przemysł turystyczny dostarcza wielu pamiątek — przybysze kupują haftowane na jedwabiu obrazy, wyroby z laki, drewniane figurki.

— I słomiane, wietnamskie kapelusze. Na lotnisku każdy biały w takim paradował! — dodaje Mateusz Krzyżosiak.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Śladami Ho Chi Minha