Smutny koniec motyla

opublikowano: 31-05-2012, 00:00

Jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek PRL był Pewex. Dziś przetrwał tylko… w Rzymie.

W 1983 r. Pewex miał przychody 250 mln dolarów. Aż jedną trzecią przekazał państwu. Gazeta informowała, że za dolary z Peweksu kupiono „4,5 tys. ton ziarna kakaowego, dzięki czemu dzieci jadły czekoladę i cukierki” oraz rozwiązano „znany problem gumki bieliźnianej”. Tygodnik „Polityka” dodawał do tej listy świąteczne karpie i informował, że „jeden Pewex daje gospodarce znacznie większe wpływy niż cały zagraniczny ruch turystyczny z krajów kapitalistycznych”.

W PRL krążył dowcip: przychodzi milicjant do sklepu Peweksu, przeskakuje przez ladę i prosi ekspedientkę o azyl.

W gospodarce socjalistycznej Pewex był enklawą kapitalizmu. W należących do niego sklepach można było kupić za dolary (lub bony Banku Pekao) produkowane na Zachodzie towary, na co dzień nie do zdobycia. Po upadku PRL i powrocie kapitalizmu ta enklawa straciła rację bytu.

Historia Peweksu zaczyna się pod koniec lat 60. w Banku Pekao, który otworzył własne sklepy. Złośliwi mówili, że to jedyny bank na świecie, w którym można było kupić dżinsy. Ekipa Edwarda Gierka postanowiła wydzielić z banku osobne Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego, w skrócie Pewex.

Decyzja zapadła 23 lutego 1973 r., wydało ją prezydium rządu, na czele którego stał Piotr Jaroszewicz. Samo określenie „eksport wewnętrzny” było absurdem typowym dla PRL. Na półkach sklepów Peweksu znalazły się — obok luksusowych zagranicznych dóbr — deficytowe towary wytwarzane w kraju.

Obywatele mogli je kupić za trzymane w szafach obce waluty. Nic dziwnego, że przed Peweksami kłębiły się tłumy cinkciarzy, handlujących walutami. Nazywano ich tak od angielskiego „change money”, które wymawiali: „czińć many”. Ich nieruchome twarze, sygnety na palcach i ochrypły szept stały się przedmiotem dowcipów. Można powiedzieć, że byli działającymi w podziemiu pionierami kapitalizmu.

Waluta: pół litra

Polakowi, pamiętającemu PRL, Pewex kojarzy się z towarami z Zachodu. Były tam: papierosy Marlboro i Dunhill, brandy Napoleon, guma do żucia Donald, czekolada Toblerone, mydełka Palmolive i Fa, klocki Lego, samochodziki Matchbox, telewizory Sanyo, magnetowidy Gold Star, hiszpańskie i włoskie kafelki oraz dżinsy Wrangler, Rifle i Montana.

Ale przedsiębiorstwo miało największe obroty na polskiej wódce. Przynosiła mu ponad jedną trzecią obrotów. Pół litra Wyborowej 45 procent w Peweksie wyznaczało czarnorynkową cenę dolara.

Tradycyjnie kosztowało 1,1 dolara. Ta relacja załamała się dopiero w 1988 r. Spowodowały to inflacja i skok kursu dolara. Wódka w Peweksie stała się wtedy dwa razy droższa niż w zwykłym sklepie. Krajowe towary sprzedawane za dolary wywoływały ogromne emocje.

„Pojawiły się w Peweksie polskie wędliny, to już zakrawa na skandal” — grzmiał „Sztandar Młodych” w 1982 r. Ich wycofania żądała Solidarność. Zapisano to w tekście porozumień gdańskich z sierpnia 1980 r. Radykalni działacze partii komunistycznej byli tego samego zdania. Zgłosili postulat likwidacji Peweksu „jako tworu obcego naszemu ustrojowi, zaspokajającego potrzeby wąskiego kręgu obywateli”. Ale Peweksu nie zlikwidowano. Z prostego powodu — była to maszynka do robienia pieniędzy. Jak wyjaśniał „Express Wieczorny”, enklawa kapitalizmu w PRL. W należących do niego sklepach można było kupić za dolary luksusowe towary z Zachodu. Ale największe obroty Pewex miał na polskiej wódce.

Leśnik za Zacharskiego

Aby pracować w Peweksie, trzeba było mieć koneksje. Najlepszym przykładem był Marian Zacharski, szpieg, który został dyrektorem tej firmy. Wcześniej wykradł w USA tajne plany rakiet przeciwlotniczych.

Zdemaskowany w 1981 r. trafił do więzienia. W 1985 r. został uwolniony w zamian za wypuszczenie 25 agentów CIA, więzionych w krajach bloku wschodniego. W nagrodę, jako dyrektor Peweksu, dostał gabinet w hotelu Marriott z meblami w stylu Ludwika XVI. W napisanej po latach książce opowiadał: „Byłem publicznie znanym oficerem Wywiadu. Stałem się idealnym adresem, chodzącą skrzynką kontaktową.

Obcokrajowcy, którzy rozważali możliwość stania się tzw. oferentem, mieli pewność, że zwracają się do właściwej osoby”. Okoliczności, w których upadał Pewex, były równie groteskowe jak PRL.

Dziennikarka Helena Kowalik w książce „Warszawa kryminalna” opisała proces ostatniego dyrektora Zbigniewa H. Rozdział zatytułowała „Motylem jestem”, od logo Peweksu w kształcie motyla.

Zbigniew H. skończył technikum leśne, pracował w tartaku. Dyrektorem Peweksu został w 1992 r., bo rekomendowała go Solidarność. Miał ratować przedsiębiorstwo, składające się z 850 sklepów i 4,5 tys. pracowników. W magazynach leżały przeterminowane o rok tony krabów w puszkach. Dyrektor przecenił je i rzucił na rynek. Potem zgłosiły się japońskie koncerny elektroniczne.

Zażądały ogłoszenia upadłości Peweksu, który nie płacił za dostawy telewizorów i magnetowidów. Aby je spłacić, dyrektor sprzedał dwie należące do firmy działki. Prokurator oskarżył go, że zaniżył cenę. Śledztwo i proces zajęły 16 lat.

Dyrektor nie przychodził, przysyłał zaświadczenia, że jest chory psychicznie, bo w dzieciństwie „spadła mu na głowę metalowa bramka na boisku”. — To było smutne. Pewex w PRL to był Zachód, wielki świat, do którego się chodziło. W sądzie zeznawali wpływowi dygnitarze, którzy nim rządzili. Pamiętam pochód steranych życiem, przegranych ludzi — mówi Helena Kowalik.

Sprawa zakończyła się w 2009 r. uniewinnieniem. Peweksu już nie było. W 1996 r. przejęli go wierzyciele i przekształcili w Towarzystwo Handlu i Nieruchomości Pewex.

W 2003 r. marka zniknęła z polskiego rynku. Niespodziewanie odrodziła się w Rzymie. Powstała tam sieć sklepów z polskim jedzeniem, która posługuje się nazwą Pewex i tym samym logo co w PRL. Włosi nie rozumieją, dlaczego polscy turyści fotografują się na tle jej sklepów.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane