Panie prezesie, nie irytuje Pana, że indeksy na GPW ślepo podążają za zachodnimi?
Tak, irytuje mnie to, nawet bardzo. Przyjęło się, że sytuacja na Wall Street decyduje o wzrostach lub spadkach spółek azjatyckich, niemieckich czy polskich. A przecież zarazem świat coraz bardziej przesuwa się w stronę innych centrów finansowych i gospodarczych.
Najbardziej irytuje jednak to, że styczniowe spadki w Warszawie były głębsze, niż na innych giełdach europejskich. Z wielu powodów. Jakich? Na przykład pewnych braków w podstawowej edukacji inwestorów, a nawet może nie inwestorów, tylko normalnych ludzi gospodarujących swoimi oszczędnościami. I, w pewnej mierze, sposobu komentowania sytuacji na krajowym rynku, niedostatecznej profesjonalizacji pewnej części środowiska rynku kapitałowego. W czasach giełdowego zamętu wychodzi na to, że jesteśmy dopiero początkującą kulturą inwestycyjną, nie w pełni dojrzałą. Ważne, żeby z tego wyciągnąć wnioski, a nie tylko czekać do następnego kryzysu.
Czyli nastroje na GPW kreują globalne instytucje finansowe?
Tak. Taki wpływ widać szczególnie na rynkach, gdzie te globalne instytucje są obecne. Na przykład NewConnect, który miał być windą jeżdżącą w górę i w dół, okazał się w styczniu oazą spokoju. Tam inwestorzy zagraniczni pojawiają się sporadycznie, jest to bardzo niewielka grupa. Podobnie jest z funduszami inwestycyjnymi, których na NewConnect praktycznie nie ma. Nie było wiec tych sił, które rynek regulowany ciągnęły ostro w górę i w dół w ostatnich tygodniach.
Wciąż jest Pan optymistą, jeśli chodzi o rynek pierwotny?
Jak najbardziej. Chociaż wśród oferujących powstało przekonanie, jako takie zresztą trafne, że na GPW brakuje teraz stabilizacji i dlatego nie można sprzedać akcji po atrakcyjnej cenie. Tyle tylko, że im silniejsze takie przeświadczenie, tym większe zagrożenie dla rynku pierwotnego i dla rynku w ogóle. Spółki i domy maklerskie winny zrozumieć, że wysokie wyceny z 2007 roku w tym roku prawdopodobnie się nie powtórzą. Obecność na giełdzie to proces długofalowy, a nie tylko debiut. Możliwość pozyskania kapitału w drodze kolejnych emisji. Można przecież wejść na rynek po rozsądnej cenie, a później budować wartość firmy i liczyć na wzrost kursu. W zeszłym roku wiele spółek zadebiutowała na parkiecie z wysokim przebiciem, ale później kursy mocno spadały. Taka sytuacja wydaje się niekorzystna dla wszystkich uczestników rynku kapitałowego.
Ale jak kupować akcje, kiedy jeszcze dwa-trzy tygodnie temu inwestorzy na świecie myśleli tylko o ich sprzedaży.
To, co obecnie dzieje się na rynku pierwotnym, można uznać za sytuację przejściową, podobnie na rynku wtórnym. Za efekt kryzysu finansowego w USA i kryzysu zaufania, ale także splotu gorączkowych reakcji, złych nastrojów i samospełniającej się przepowiedni. Z pewnością sytuacja się uspokoi. Już widać tego symptomy.
Ile przewiduje Pan debiutów w tym roku na GPW?
Jeśli chodzi o rynek główny: w granicach siedemdziesięciu – z dużą koncentracją w czasie. Niech tylko ktoś zrobi pierwszy krok – z dużą ofertę publiczną. Może będzie to Cyfrowy Polsat? Na rynku jest dużo kapitału. Liczymy też na firmy zagraniczne, w tym notowane na londyńskim rynku AIM. Jest wiele możliwości, a wzrost ubiegłoroczny sprawił, ze już nie tylko w Polsce jest wiedza o potencjale naszego rynku. Ale ilość będzie szła w parze z jakością. Rok 2008 upłynie także pod znakiem działań GPW podnoszących jakość rynku, w tym jego płynność. A jeśli pyta Pan o liczby, to w tym roku pojawi się również kilkadziesiąt nowych firm na NewConnect. Już zadebiutowało ich dziesięć, i to w tym rzekomo traumatycznym początku roku.
Czy przed wakacjami uda się wprowadzić na parkiet spółkę z udziałem skarbu państwa?
Będę rozmawiał i namawiał ministra skarbu, by jak najszybciej przeprowadził dużą prywatyzację poprzez giełdę. To miałoby pobudzający wpływ na rynek i spółki z sektora prywatnego.
Kilka miesięcy temu chorwacki operator telekomunikacyjny sprzedawał akcje w ofercie publicznej. Kupiło je aż 360 tys. Chorwatów - 8 proc. społeczeństwa. Tymczasem w ofercie największego polskiego banku detalicznego udział wzięło zaledwie 200 tys. Polaków. Co pan na to?
Przyjęło się wygodne twierdzenie, że w Polsce mamy mocną grupę inwestorów indywidualnych. A tu wystarczy popatrzeć na inwestorów, biorących udział w ofertach pierwotnych w ostatnich dwóch latach. To z reguły kilkaset, najwyżej kilka tysięcy osób. Pracujemy nad rozwiązaniami, które poszerzyłoby tę wąską społeczność. Planujemy upowszechnić informacje o ofertach publicznych. Budujemy wortal temu poświęcony. Przeprowadzimy też kampanię promocyjno-edukacyjną – niech przekaże „przeciętnemu inwestorowi indywidualnemu” kilka prostych prawd o giełdzie. Chodzi m.in. o to, by ludzie, wśród których są też klienci funduszy inwestycyjnych, nie myśleli o giełdzie jak o grze. By rozumieli, i akceptowali, że na giełdzie są spadki i wzrosty i że to nie jest tak, że zawsze trzeba będzie wyskoczyć z pociągu jadącego do przepaści. Bo przepaści nie ma, jeśli jest zachowywany zdrowy rozsadek.
A może trzeba wrócić do pomysłu ulg podatkowych dla inwestorów?
Podatki to skuteczny instrument stymulujący. Pozytywną rolę odegrałoby też zniesienie podatku od zysków giełdowych. Inne instrumenty? Węgrzy wprowadzili na przykład subsydiowanie kosztów wejścia na giełdę. W Rumunii też powstaje taki państwowy program.
Inwestorów zniechęcają też spektakularne porażki. W 2005 roku Toora pojawiła się na giełdzie, ściągnęła z rynku 115 mln zł i zaledwie dwa lata później bankrutuje. Czy takich przypadków można uniknąć?
Nie da się im zupełnie zapobiec. Ryzyko minimalizuje filtr - najwyższa staranność oferujących i doradców, Komisja Nadzoru Finansowego i - w pewnym stopniu - GPW. W zeszłym roku nie zgodziliśmy się na przykład na przejście jednej spółki z CeTO na GPW oraz wejściem jednej spółki na NewConnect. Pracujemy nad rozwiązaniem, które pozwoli wyodrębnić - w ramach rynku regulowanego - segment spółek o podwyższonym ryzyku inwestycyjnym.
Twierdzi Pan, że gorący nastrój wokół parkietu to również dzieło niektórych komentatorów giełdowego rynku. Gdyby był Pan redaktorem, to jaki tytuł nadałby Pan artykułowi w gazecie komentując sesję z 21 stycznia. Przypomnę, że warszawski WIG spadł o 5,5 proc. niemiecki DAX – 7 proc. Nie lepiej było w Azji.
Pyta Pan o prace dziennikarską? Nadałbym nawet spektakularny tytuł, ale raczej dotyczący ściśle wydarzeń z tego dnia – na przykład: „Trzęsienie ziemi”. Ale czy powinniśmy mówić, że po trzęsieniu ziemi czeka nas już tylko całkowita zagłada? Niezbyt mi się podobają określenie typu „krew na parkiecie” czy „z giełdy wyparowały miliardy”. Nie z powodów estetycznych. To robienie inwestorom wody z mózgu. Bo przecież tych pieniędzy nie straciło się bezpowrotnie. Cała masa inwestorów, którzy czytają te teksty, nie pozbyła się akcji, a więc straty są tylko na papierze. Ale to są takie tylko refleksje, w tym momencie jestem takim samym komentatorem, jak dziennikarze. Zupełnie inaczej, ostrzej i poważniej, odnoszę się do wypowiedzi, które mają trzymać standardu profesjonalnej prognozy rynkowej.
Ale w pewnym momencie zdenerwował się Pan na analityków-pesymistów i media za uprawianie czarnowidztwa.
W mojej wypowiedzi nigdzie nie pojawiły się zarzuty przeciwko mediom.
Ale to media często dobierają analityków czy kreują tytuły.
Gdybym był redaktorem odczuwałbym dyskomfort, gdybym miał zamieścić wypowiedź analityka finansowego, za którym stoi określona instytucja finansowa, jeżeli ta wypowiedź jest tylko efektowną publicystyką. Nieważne, czy publicystyka czarnowidztwa, czy euforii. Ostatnio rozmawialiśmy w gronie profesjonalistów rynku. Mówiliśmy, że wiele instytucji finansowych dbających o reputację, zakazuje biegania z pseudoanalitycznymi komentarzami do mediów. Ze zgrozą dowiedziałem się też, że dla niektórych analityków nie jest wcale oczywiste, że - udzielając wypowiedzi - mają święty i profesjonalny obowiązek zażądać autoryzacji.
Byłoby też dobrze, gdybyśmy mieli więcej profesjonalnych dziennikarzy w Polsce, potrafiących fachowo komentować wydarzenia na rynku - bez pomocy analityków. Jak w USA czy na innych rynkach rozwiniętych. Nie ma wtedy podejrzeń, że chodzi tak naprawdę o promocję i reklamę danej instytucji finansowej, a nie o rzetelną informację dla czytelników.
Czy nie wystarczyło stwierdzenie, że opinie pesymistów są na wyrost?. Zakłada Pan, że czytelniczy i inwestorzy nie rozliczą „złych” analityków?
Nie uważam, że czytelnicy są głupi. Aby jednak mogli stwierdzić, która z wypowiedzi jest wartościowa, nie można serwować im tylko emocjonalnych wykrzykników. Za zdaniem „co będzie” powinno znaleźć się wyjaśnienie „dlaczego”. Wtedy ma się podstawy do oceny.
A może lepiej zostawić krytykę analityków nadzorcy rynku finansowego, czyli Komisji Nadzoru Finansowego?
KNF w obecnym stanie prawnym zajmuje się naruszeniami prawa. Ja mówię raczej o dobrych praktykach i dziwię się, że muszę poruszać ten problem. Potem są zarzuty, że prezes nie powinien mówić o takich rzeczach... A kto ma o tym mówić?
Jeżeli jest problem, należy o nim mówić. Wiele osób z rynku zgodziło się ze mną, że dotknąłem istotnego problemu.
A gdzie prezes GPW był rok temu? Indeksy biły historyczne rekordy, a ludzie przynosili do biur maklerskich pieniądze w reklamówkach. Entuzjastyczne tytuły i analizy nakręcały koniunkturę. Może ponad miarę?
Kilkakrotnie sygnalizowałem w wywiadach, że rekordy indeksów to nie jest jednoznacznie dobre wydarzenie, jeżeli dochodzi do nich zbyt często. W rekordach ukryty jest bowiem zwiastun niebezpieczeństwa. Proszę spróbować znaleźć jakikolwiek mój eufotyczny komentarz na ten temat czy zdjęcie z szampanem. Tylko że wówczas nie zwracano na to dostatecznej uwagi, bo było świetnie... A co do moich prognoz, to nie wiem, na jakim poziomie skończą krajowe indeksy ten i przyszły rok. Wyrażałem przekonanie, że mamy zapewniony rozwój naszego rynku na najbliższych kilka lat. Opatrywałem to zawsze szerszym komentarzem. I nadal tak uważam.
A może obawia się Pan, by nie powtórzyć wpadki Wiesława Rozłuckiego? Pana poprzednik publicznie przestrzegł kiedyś przed sztucznym wzrostem kursu jednej ze spółek. Kurs natychmiast się załamał i niektórzy inwestorzy oskarżyli szefa giełdy o sprowokowanie spadków i straty.
Prezes giełdy ma zajmować się nie tylko wciskaniem przycisku z notowaniami. Nadal będę zabierał głos w ważnych sprawach. Nigdy natomiast nie wypowiem się o kursie konkretnej spółki.
Nawet, jeśli gołym okiem widać, że kurs spółki „jest kręcony”?
Wtedy informujemy o naszych podejrzeniach KNF.
Nie obawia się Pan, że - wraz z proponowanej przez pana Radą Etyki - pojawi się pewnego rodzaju konflikt interesu? Lada miesiąc na parkiecie może zadebiutować GPW.
Rada Etyki będzie się wypowiadać w sprawie zachowania standardów publicznego komentowania giełdowych wydarzeń. Może konflikt rzeczywiście się pojawi? Musimy jednak być aktywnym podmiotem, który przyczynia się do rozwoju rynku. Podobną sytuację będziemy mieć zresztą z zasadami dobrych praktyk, jeśli staniemy się spółką giełdową. Trudno... Będziemy za to podwójnie publiczną instytucją, poddaną szczególnej recenzji. I będziemy wzorem dla rynku, choć zdaję sobie sprawę z tego, że my też kreujemy te wzory.
Jakie jest prawdopodobieństwo, że GPW przeprowadzi w tym roku ofertę publiczną i zadebiutuje na parkiecie?
80-90 proc.
A czy recesja może utrudnić te plany? A może ten termin to tylko sianie paniki przez inwestycyjnych guru, by taniej kupić akcje?
Nadal nie wiadomo. Za recesją przemawia opublikowany ostatnio wskaźnik dotyczący złej koniunktury w usługach. Poczekajmy na dane za kolejne miesiące, które by to potwierdziły. Pojawia się wiele głosów, że nawet jak recesja będzie za oceanem, to nie przełoży się na stagnację w Europie.
Alan Greenspan twierdzi, że utrzymuje się wysokie prawdopodobieństwo recesji za Oceanem.
Nie jestem aż tak wybitnym ekonomistą, by mierzyć owo ryzyko w procentach. Ale nie sądzę, aby PKB w USA był ujemny. Raczej mielibyśmy do czynienia z niskim wzrostem – zero z przecinkiem. Polskiej gospodarce to nie zagraża. Mamy dobre perspektywy na ten rok.
Panie Prezesie, co to jest bessa?
Bessa… Poważne słowo. Nie można jej sprowadzić tylko do trwających przez jakiś czas spadków. To pojęcie wiążące giełdę z ekonomią. Spadające kursy w bessie muszą znaleźć potwierdzenie w aktualnej lub prognozowanej koniunkturze gospodarczej. Trzeba jednak pamiętać, że giełda nie zawsze wyprzedza czy rejestruje zmiany w gospodarce. Giełda to jest szukanie wartości, i to szukanie czasami jest trochę po omacku. I w styczniu oraz na początku lutego z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia. A nadmiernie lapidarne komentowanie aktualnej sytuacji na giełdzie, jako katastrofalnej i apokaliptycznej, umacniało rozchwiane nastroje, potęgujące zamieszanie. Chciałbym teraz, aby tacy wieszcze popatrzyli prosto w oczy tym klientom funduszy, którzy w styczniu umarzali panicznie jednostki uczestnictwa.
Mieliśmy na GPW już jakąś bessę? Na przykład w 1994 roku, czy 2000 roku?
Słaby żart. W 1994 to nie była ani bessa, ani krach, bo te pojęcia należy stosować do dojrzałych rynków. A my mięliśmy dziecięcą chorobę bardzo wczesnego kapitalizmu - Nadzwyczajną Naiwność. A 2000 roku to banka internetowa, oczywiście że po tym, jak pękła, zapanowała bessa, bo zapanowała stagnacja ekonomiczna w całym liczącym się w gospodarce światowej obszarze geograficznym.
Podsumujmy: kupiłby Pan akcje GPW w ofercie publicznej jako inwestor?
Kupiłbym i w ofercie publicznej, i w prywatnej. I, przede wszystkim, trzymałbym je długo.
Rozmawiał: Andrzej Stec,
[email protected]