Solidarność gratis, wolność kosztuje

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2014-08-07 00:00

Urlopowy wypoczynek zdradliwie skrobie świeżą rysę na wizerunku władzy, kompletnie zaskoczonej korkami na autostradowych bramkach

Dołowanie sondaży zawsze zapala władzy ostrzegawcze światełko. Przed wyborami samorządowymi ekipa PO-PSL jeszcze nie ogłasza w kolorowej skali alertu czerwonego, ale żółty lub nawet pomarańczowy — na pewno. Rzeczywistość atakuje ze wszystkich stron, oddechu nie daje nawet letnia kanikuła. Ba, urlopowy wypoczynek zdradliwie skrobie świeżą rysę na wizerunku władzy, kompletnie zaskoczonej korkami na autostradowych bramkach. Najdłuższymi na A1, która po skompletowaniu odcinka północnego pierwszy raz poddawana jest próbie wakacyjnego obciążenia ruchem z centrum kraju nad morze.

FOT. GK
FOT. GK
None
None

Zdumiewają rządowe tłumaczenia, że gdy ruszał w Polsce program autostradowy — trudno było przewidzieć taki wzrost liczby samochodów! Notabene jeszcze ciekawsza jest inna okoliczność — jeśli już stawiane były archaiczne w XXI wieku bramki opłatowe, to czemu w formie potężnych płotów tnących w poprzek główny nurt autostradowy, a nie z boku, na wjazdach i zjazdach. Efekt finansowy byłby przecież ten sam, a podział potoku pojazdów na wąskie strumyczki od razu skracałby kolejki.

Wystraszony sytuacją premier Donald Tusk ogłosił, że „podjęliśmy decyzję” o zdjęciu w sierpniowe weekendy opłat na bramkach A1. Formuła „śmy” oznacza, że ukaże się epizodyczne rozporządzenie ministra infrastruktury i rozwoju. Natychmiast nasuwa się pytanie, a czemuż to południkowa A1 ma być lepsza od równoleżnikowych A2 i A4, gdzie również tworzą się potężne wakacyjne korki, związane może nie tyle z jazdą nad morze, ile z kumulacją remontów.

Logiczne tłumaczenie brzmi: A1 z oczywistych powodów jest spośród wszystkich polskich dróg najbliższa sercu Donalda Tuska. Trudno uniknąć skojarzeń z epoką PRL, gdy trasa szybkiego ruchu z Warszawy do Katowic była oczkiem w głowie towarzysza Edwarda Gierka i do dzisiaj jest powszechnie zwana od jego nazwiska.

Notabene A1 po ukończeniu ma zostać nazwana — to już inicjatywa prezydenta Bronisława Komorowskiego — Autostradą Solidarności, analogicznie do A2 mianowanej (na razie na odcinku zachodnim) Autostradą Wolności. Dla A4 zaklepana jest nazwa Autostrada Niepodległości, oczywiście jeśli uda się ją w ogóle ukończyć od granicy do granicy przed obchodami stulecia w 2018 r.

Przełożenie symboliki na finansowe realia prowadzi do wniosku zapisanego w tytule. Wybiórczy gest premiera będzie kosztował budżet — czyli także wszystkich, którzy nawet nie wiedzą, którędy A1 przebiega — co najmniej 20 mln zł. Tyle zostanie przelane Krajowemu Funduszowi Drogowemu z rezerwy ogólnej, która w ustawie budżetowej pozostaje do wyłącznej dyspozycji rządu. Od strony prawnej sprawa jest zatem czysta.

Ale ratio legis tworzenia takiej rezerwy są sytuacje nadzwyczajne — klęski żywiołowe, wielkie katastrofy czy inne okoliczności naprawdę nieprzewidywalne. Z całą pewnością nie należy do nich gwałtowne klajstrowanie niedowładu systemowego, na dodatek ukierunkowane tylko na jedną trasę według widzimisię decydenta. A może bardziej pożyteczne byłoby sfinansowanie za tę samą kwotę z rezerwy ogólnej bezpłatnych pociągów z centrum kraju nad morze?