Mimo zmiany zasad działania rynku energii wprowadzanych od 1 stycznia 2003 r. przez PSE, spółki obrotu nadal nie będą mogły handlować na Giełdzie Energii. Według PSE, najpierw trzeba przebudować system informatyczny, który dotychczas pochłonął 200 mln zł.
Zapewnienia o rychłym dopuszczeniu spółek obrotu energią do udziału w giełdzie padały jeszcze z ust przedstawicieli poprzedniego zarządu Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE). Miało to nastąpić tuż po uruchomieniu przez operatora dobowo-godzinowego rynku bilansującego energii elektrycznej (na którym muszą bilansować zakupy m.in. uczestnicy obrotu giełdowego), co stało się jesienią ubiegłego roku. Ani stary, ani nowy zarząd PSE, który kieruje spółką od połowy grudnia 2001 r., dotychczas nie rozwiązał tego problemu.
Przedstawiciele spółek obrotu mieli nadzieję, że okazją do wprowadzenia długo oczekiwanych zmian będzie przygotowywana przez PSE nowela instrukcji ruchu i eksploatacji sieci przesyłowej — dokumentu, w którym operator reguluje większość praktycznych aspektów handlu energią i towarzyszących mu rozliczeń.
— W obecnym kształcie instrukcja zabrania handlu energią między spółkami obrotu. A ponieważ PSE traktują jak spółkę obrotu także Giełdę Energii, nie dopuszczają do rynku giełdowego takich uczestników jak my. Dlatego, kiedy w kwietniu aplikowaliśmy o członkowstwo w GE, dostaliśmy odmowę — tłumaczy Janusz Oleksak, odpowiedzial- ny za obrót energią w Electrabel Polska.
Jego zdaniem, uczestnictwo spółek obrotu istotnie poprawiłoby płynność giełdy i umożliwiło traktowanie ceny giełdowej jako referencyjnej wobec pozostałych transakcji na rynku energii.
— Spółkom byłoby też łatwiej oferować energię dużym odbiorcom końcowym, którzy mają prawo do swobodnego wyboru dostawcy — dodaje Janusz Oleksak.
Jacek Brandt, wiceprezes GE, nie ma wątpliwości: zielone światło dla spółek obrotu z pewnością ożywiłoby rynek.
— Dzisiaj giełda ma ponad 40 uczestników. Koncesję na obrót energią w Polsce ma około 300 podmiotów. Oczywiście nie wszystkie byłyby zainteresowane grą na GE, ale z pewnością na parkiecie chciałoby zaistnieć około 10 największych i najsilniejszych — należących np. do Electrabela, Vattenfalla czy E.ON — wylicza Jacek Brandt.
Nadzieje spółek obrotu związane ze styczniową nowelizacją instrukcji ruchu PSE okazały się płonne.
— Zmiany, które wprowadzimy do instrukcji od 1 stycznia 2003 r., będą miały jedynie charakter kosmetyczny — mówi Józef Sieniuć, wiceprezes PSE.
— Problem polega na tym, że spółki obrotu — które nie są producentami energii ani jej dystrybutorami posiadającymi własną sieć — nie są przypisane do fizycznych miejsc dostawy i odbioru energii w systemie przesyłowym. System informatyczny, który obsługuje rozliczenia na rynku energii, w tym na rynku bilansującym, nie jest przystosowany do obsługi wirtualnych punktów dostawy i odbioru. Dlatego nie jesteśmy w stanie rozliczać giełdowych transakcji spółek obrotu ani umożliwić im uczestnictwa w rynku bilansującym w tzw. pozycji otwartej, czyli wymagającej dokupienia bądź odsprzedania energii — tłumaczy Józef Sieniuć.
Jego zdaniem, zmiana wymaga zmodyfikowania modelu rynku bilansującego i istotnej przebudowy systemu informatycznego.
— Rozwiązanie jest o tyle skomplikowane, że system, który działa w Polsce, jest w pełni autorski i nie można do niego implementować elementów systemów stosowanych na rynkach zagranicznych, na których spółki obrotu funkcjonują bez przeszkód — twierdzi Józef Sieniuć.
Według wiceprezesa PSE, na początku przyszłego roku operator zamierza przygotować propozycje rozwiązań i przedstawić je na forum rządowego zespołu ds. rynku energii.
— Może się okazać, że zamiast wyważać otwarte drzwi i opracowywać kolejne autorskie rozwiązania, bardziej opłaci się wymienić cały system na inny — sprawdzony za granicą. Nie możemy jednak samodzielnie podjąć takiej decyzji — dodaje Józef Sieniuć.
Jak twierdzi wiceszef PSE, dotychczas uruchomienie rynku bilansującego wraz z jego kolejnymi przeróbkami pochłonęło blisko 200 mln zł. Jego zdaniem, pieniądze były wydane racjonalnie — od początku system był przewidziany tylko na kilka lat.
— Rynek polski jest porównywalny z kalifornijskim, którego koszt wyniósł około 500 mln USD, czyli dziesięciokrotnie więcej. Ale dziś za gotowe rozwiązanie trzeba by zapłacić znacznie mniej — podsumowuje wiceprezes.