Sport ekstremalny Ukraina

Jacek Kowalczyk, Grzegorz Nawacki
opublikowano: 2009-12-08 00:00

Na wschód od Polski przedsiębiorców czeka Dziki Zachód. Pełen korupcji i nielojalnych pracowników.

Polscy przedsiębiorcy ochoczo ruszali na podbój rynku nad Dnieprem. Wielu się sparzyło

Na wschód od Polski przedsiębiorców czeka Dziki Zachód. Pełen korupcji i nielojalnych pracowników.

Polskie orły, marzące o podbiciu ukraińskiego rynku, muszą być jak sokoły. Nauczyć się omijać góry, lasy, doły, bo przeszkód w robieniu interesów nad Dnieprem jest bez liku. Przekonali się o tym niemal wszyscy, którzy spróbowali tam swoich sił. Wielkie plany miał m.in. Polimex Mostostal — na początku 2010 r. miał uruchomić potężną cynkownię. Skończy się na remoncie kupionej hali produkcyjnej.

— Nie stracimy pieniędzy na tej inwestycji. Korzystamy przy odbudowie i remoncie z lokalnych pracowników. To będzie dobry biznes w perspektywie. Jednak opóźniamy podjęcie decyzji w sprawie uruchomienia produkcji w zakładzie. Rynek ten wciąż jest dla nas mało stabilny. Obecna sytuacja polityczna na Ukrainie wymusza ostrożność w podejmowaniu decyzji co do tempa realizowanych tam inwestycji — mówi Konrad Jaskóła, prezes Polimeksu Mostostalu.

Życiowy błąd

Nie on jeden sparzył się na wyjściu za wschodnią granicę.

— Jednym z największych błędów, jakie popełniłem, jest inwestycja na Ukrainie. Źle oceniliśmy rynek. Nie byliśmy świadomi otoczenia biznesowego, w którym przyjdzie nam działać. I nie poprawia mi nastroju to, że w podobnej sytuacji jest większość inwestorów — mówi Leszek Czarnecki, właściciel Grupy Getin.

O tym, jak smakuje biznes na Ukrainie, jeszcze boleśniej przekonała się Organika —malborska firma z branży chemicznej. Na początku dekady otworzyła pod Lwowem fabrykę. Po pięciu latach działalności — kiedy inwestycja prawie zaczęła się zwracać — zakład został podpalony przez "nieznanych sprawców". Powód? Firma popadła w konflikt ze środowiskiem związanym z lokalnymi politykami, którzy z kolei powiązani byli z firmami konkurencyjnymi.

Zwalniając ludzi za pijaństwo i lenistwo, polscy inwestorzy zadarli natomiast z miejscową ludnością. W sprawę zaangażowała się nawet lokalna cerkiew — w parafii, na terenie której stała fabryka, odprawiane były msze przeciwko polskiej firmie. Później mer blokował odbudowanie zakładu.

— Dzisiaj fabryka jest w stanie uśpienia. Kiedy tylko uregulujemy wszystkie kwestie prawne, sprzedamy mienie i ostatecznie wyjdziemy z Ukrainy. Tamte wydarzenia to dla nas historia — mówi Dariusz Kwieciński, prezes Organiki.

Opłać się

Rozmowę o biznesie na Ukrainie wszyscy nasi rozmówcy rozpoczynają od tego samego wątku.

— Największym problemem na Ukrainie jest korupcja. To bardzo utrudnia robienie biznesu i hamuje rozwój kraju — mówi Tomasz Tarkowski, członek zarządu PZU Ukraina.

Jak działa ten mechanizm?

— Prowadzenie firmy bez opłacania się miejscowym urzędnikom jest niemal niemożliwe, zwłaszcza dla obcokrajowców. Wyciąga rękę każdy, kto tylko może. A najgorsze jest to, że łapówkarzy jest tylu, że nigdy nie wiadomo, który jest rzeczywiście skuteczny, a który blefuje. W Rosji przynajmniej wiadomo, że jeśli się komuś zapłaci, będzie spokój. Na Ukrainie próbuje zarobić każdy. A jeśli chce się płacić wszystkim, dla właściciela nie zostanie nic — mówi anonimowo przedsiębiorca.

Takie same odczucia ma znany polski inwestor, który również próbuje swoich sił na Ukrainie.

— Różnica między Rosją a Ukrainą polega na tym, że w Rosji jest jedna mafia — państwowa, która w dodatku nie znosi konkurencji i zawzięcie zwalcza prywatne inicjatywy. Tymczasem na Ukrainie jest ich nieskończenie wiele. Dlatego skala korupcji w kraju, który niedawno obchodził rocznicę pomarańczowej rewolucji, jest nieporównywalnie większa — mówi inwestor.

Korupcja to nie wymysł obcokrajowców. W badaniach przeprowadzonych przez Kijowski Międzynarodowy Instytut Socjologii aż 53 proc. ankietowanych odpowiedziało, że korupcja jest bardzo rozpowszechniona. Kolejne 30 proc. uważa, że jest rozpowszechniona. Ukraińców przekonanych, że korupcji nie ma — brak.

Sprzedaż to nie zysk

Z korupcją da się żyć — do biznesplanu trzeba po prostu dopisać jedną pozycję. Ale prowadzenie firmy na Ukrainie to sport ekstremalny także z innych względów.

— Pracownicy nie widzą związku między płacą a wynikami firmy. Bardzo duża strata firmy nie powstrzymuje ich przed żądaniem podwyżki. Mimo wykształcenia, często nie rozumieją, że sprzedaż to nie to samo co zysk, że są jeszcze koszty. Jest też duży problem z uczciwością pracowników. Po tym, jak zwolniłem dyrektora i dwóch kierowników z działu likwidacji szkód, szkodowość niemal natychmiast spadła — mówi Tomasz Tarkowski.

Podobne doświadczenia ma polski wysoko postawiony pracownik Kredobanku, ukraińskiego banku należącego do PKO BP.

— To jest zupełnie inna kultura pracy. Tam żadnego dnia nie można być pewnym, że załoga normalnie przyjdzie do pracy. Jak będą mieli ochotę, to przyjdą. I co z tego, że ich się zwolni? Następni najprawdopodobniej będą się zachowywać tak samo. Mam wrażenie, że ukraińscy pracownicy nie bardzo wiedzą, czy chcą pracować — ostrzega bankowiec.

Gdy pracownicy już przyjdą do pracy, trzeba im bardzo uważnie patrzeć na ręce — to rada od polskich przedsiębiorców.

— Największe problemy naszego oddziału na Ukrainie wzięły się stąd, że mieliśmy do tamtejszych pracowników zbyt wiele zaufania. Przede wszystkim do dyrektora zakładu. W pewnym momencie zostawiliśmy mu za dużo samodzielności. Po pewnym czasie poczuł się właścicielem. Kiedy go zwolniliśmy, w ramach zemsty próbował pomóc konkurencji w nieuczciwym przejęciu naszej fabryki — mówi proszący o anonimowość przedsiębiorca.

Na Ukrainę przedsiębiorców ściąga m.in. wizja taniej siły roboczej. Ale tanio nie zawsze znaczy dobrze.

— Zdarzali się ludzie rozsądni, ale z większością pracowników były kłopoty. Mieliśmy problem, żeby utrzymać proces produkcyjny. Alkohol był na porządku dziennym. O produktywności trudno w ogóle mówić — przyznaje biznesmen.

Jednak warto

Różnice kulturowe ujawniają się także w kontaktach z biznesowymi partnerami. Na Ukrainie wciąż rządzi gotówka — nawet duże transakcje rozliczane są w tej formie. Nie ma się co dziwić — kilka miesięcy temu banki przestały wypłacać pieniądze. Spowodowało to ogromne zatory płatnicze, bo niektórzy poczuli się zwolnieni z obowiązków uregulowania należności. Ale to niejedyna różnica.

— Dla Ukraińców liczy się tu i teraz. Perspektywa długoterminowa dla nich nie istnieje. Dlatego trudno się rozmawia o korzyściach z długofalowej współpracy — mówi Tomasz Tarkowski.

Na Ukrainie zbyt cienka jest również linia oddzielająca urzędników i biznes. Wiceszef banku centralnego jest jednocześnie właścicielem prywatnego, coraz lepiej prosperującego banku. Z kolei wysoko postawiony urzędnik aparatu skarbowego ma firmę ubezpieczeniową. Niekiedy trudno walczyć z taką konkurencją. Mimo wszystko wciąż dużo więcej polskich przedsiębiorców myśli o wejściu na Ukrainę niż ucieczce. Podobnie jak międzynarodowi giganci.

— Ukraina to ogromny kraj z wielkim potencjałem, dlatego warto tu inwestować. Ale radzę rozwijać się powoli, organicznie, własnymi siłami. Jeśli przejmować — to bardzo, bardzo ostrożnie. I nie ufać partnerom, bo sądownictwo funkcjonuje bardzo słabo. We władzach warto mieć Polaków — mówi Tomasz Tarkowski.

Możesz zainteresować się również: