Raptem wczoraj pisałem, że świetne dane z polskiej gospodarki wskazują na lekkie przegrzanie. Potwierdziły to kolejne dane, tym razem o bardzo wysokiej sprzedaży detalicznej w listopadzie. Może inflacja zaczęła pozytywnie oddziaływać na konsumpcję – mniej przez realne dochody, które rosną coraz wolniej i obniżają dynamikę popytu, a bardziej przez realną stopę procentową, która jest coraz niższa i podnosi tę dynamikę? Jest też jednak inna możliwość. Wysoki wzrost sprzedaży może być statystycznym zaburzeniem związanym z brakiem samochodów w salonach.

W listopadzie sprzedaż detaliczna liczona w cenach stałych zwiększyła się aż o 12,1 proc. rok do roku, po wzroście o 6,9 proc. w październiku. Część tego przyspieszenia wynika z niskiej bazy z listopada zeszłego roku, kiedy zamknięte były galerie handlowe. Bardzo mocny jest jednak również wzrost w ujęciu miesiąc do miesiąca. Sprzedaż w ciągu miesiąca wzrosła niemal o 1,5 proc., a w ciągu dwóch miesięcy o 3 proc. Nie jest to może boom, ale solidny wzrost wskazujący na mocny popyt konsumpcyjny.
Ten mocny popyt jest pewnym zaskoczeniem. Wysoka inflacja pożera wynagrodzenia i teoretycznie powinna sprawiać, że popyt konsumpcyjny zwolni. Jest jednak przecież także inny, odwrotny efekt inflacji. Wysoka inflacja sprawia, że maleje realna stopa procentowa, a tym samym bodźce do oszczędzania są mniejsze. Mogło to sprawić, że konsumenci szybciej zredukowali oszczędności, czyli aktywa zakumulowane w okresie kryzysu. Odłożony popyt zrealizował się przez to z dodatkową mocą.
W praktyce wygląda to w następujący sposób: pan Kowalski ma na koncie 50 tys. zł, które zakumulował, ponieważ w czasie pandemii bardzo mocno ograniczył wyjazdy na ferie, wyjścia do restauracji, a może też inne zakupy. Chciał to zainwestować w jakiś fundusz, ale w październiku i listopadzie media były zawalone informacjami o tym, że inflacja rośnie i będzie bardzo wysoka jeszcze przez rok lub dwa lata. Stwierdził więc, że na fundusz odłoży 25 tys. zł, a za 25 tys. zł kupi nowe meble, bo realnie te 25 tys. i tak za rok będzie mniej warte, a meble podrożeją. Tak działa głęboko ujemna realna stopa procentowa.
Mocna sprzedaż może mieć jednak również inne przyczyny, czysto statystyczne, niezwiązane z fundamentalnym popytem. Możliwe, że GUS nie zalicza do sprzedaży detalicznej niektórych samochodów osobowych – tych, które są kupowane przez przedsiębiorców do celów działalności gospodarczej. Samochodów generalnie sprzedaje się dużo mniej (brakuje ich w salonach z powodu zaburzeń w dostawach półprzewodników do fabryk), więc część popytu została przekierowana na inne towary. Ta zmiana struktury mogła wywołać wrażenie wzrostu sprzedaży, ponieważ mniej sprzedawało się niezaliczonych do niej towarów, a więcej tych zaliczonych. To nie był jednak faktyczny wzrost popytu.
Nie zdążyłem, niestety, ustalić, jaka część sprzedaży samochodów może znajdować się poza statystykami sprzedaży detalicznej. Zeszyt metodologiczny GUS wskazuje tak: „Sprzedaż detaliczna kierowana jest do konsumenta tj. osoby fizycznej nabywającej towar dla celów niezwiązanych z działalnością gospodarczą i zawodową”. Teoretycznie salon dilera mógłby nie zaliczyć więc do sprzedaży tych aut, które ewidentnie są kierowane do działalności gospodarczej. Jest to bardzo duża część sprzedaży. Nigdy wcześniej jednak taki problem na rynku nie wystąpił, więc nie było okazji wyjaśniać.
Cóż, ta sytuacja pokazuje, że interpretacja danych często może być bardzo różna. Pojedyncze dane same w sobie niewiele mówią, dopiero ich zestawienie z innymi publikacjami pozwala odczytać trendy w gospodarce. Bez względu na znaczenie zagadki statystycznej, o której napisałem, polska gospodarka jest na ścieżce lekkiego przegrzania.