To byłby gwóźdź do trumny — tak analitycy oceniają ewentualną upadłość Stoczni Gdynia. A rzeczywiście jest się o co bać. Jeden z wierzycieli spółki nie wytrzymał i złożył wniosek o ogłoszenie bankructwa gdyńskiego holdingu. Trudno dziwić się, że wierzyciel chce odzyskać długi, jednak w przypadku bankructwa i tak stanie na końcu kolejnych o odebranie należności.
O katastrofalnych skutkach gospodarczych zaprzestania budowy statków w Gdyni i w Gdańsku nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Aż strach natomiast myśleć, jakie mogłyby być społeczne skutki upadłości Stoczni Gdynia. To już przecież widzieliśmy w Szczecinie, gdzie kocioł społeczny osiągnął stan wrzenia. Ewentualne bankructwo gdyńskiej grupy to groźba kolejnych protestów sfrustrowanych pracowników okrętowej branży.
Ten scenariusz nie powinien się powtórzyć. Rządowi trudno się dziwić, że nie chce dawać poręczeń za darmo, jednak w przypadku Stoczni Gdynia gabinet Leszka Millera nie powinien czekać i udawać dobrego wujka, który uratuje kolejną stocznię po bankructwie. Byłoby dobrze, gdyby rząd, banki i w tym wypadku przede wszystkim kooperanci pamiętali, że lepiej zapobiegać niż leczyć. A na to jest tylko jeden sposób — uzyskanie przez stocznię szybkiego wsparcia finansowego — póki jeszcze nie straciła zaufania armatorów.
Miejmy nadzieję, że w kręgach rządowych nie pojawi się pokusa doprowadzenia do upadłości gdyńskiej grupy, a następnie szybkiej konsolidacji ze Stocznią Szczecińską Nowa. Ta ścieżka restrukturyzacji polskiej branży okrętowej może okazać się nie do wytrzymania dla pracowników sektora. De facto okaże się też formą renacjonalizacji i zwiększenia udziału państwa w gospodarce. A tego nikt przy zdrowych zmysłach nie chce.