Liczba chętnych na aktywa Szczecina i Gdyni przeszła najśmielsze oczekiwania. Mimo to stoczniowcom nie jest do śmiechu.
35 inwestorów — tylu chętnych zgłosiło się do zakupu majątku Stoczni Gdynia i Stoczni Szczecińskiej Nowa (SSN). Odpowiedzialna za sprzedaż aktywów — Agencja Rozwoju Przemysłu (ARP) — nie podaje ich nazw.
Do tej pory zainteresowanie majątkiem firm deklarowało tylko kilku. KEM, polski dystrybutor stali, wraz z fińskimi partnerami, chciał kupić część majątku SSN, by budować konstrukcje stalowe i okazjonalnie — przy sprzyjającej koniunkturze — także statki. Na dużą szczecińską pochylnię Vulcan zęby ostrzył sobie norweski Ulstein. W Gdyni dotychczas najpoważniejszym kandydatem był port, choć produkcyjny majątek chciał wziąć pod warunkiem znalezienia dzierżawcy. Ta rola pasowała ukraińskiemu ISD. Jednak ewentualne zaangażowanie w Gdynię wschodniego partnera zależy od tego, czy uda się przekonać Brukselę do akceptacji planu naprawczego należącej do tego inwestora Stoczni Gdańsk.
Jak domino
Kto kupi stoczniowe aktywa — dowiemy się w połowie maja. Wówczas bowiem najlepsi i najbardziej zdeterminowani inwestorzy będą mogli w internecie licytować cenę zakupu każdego z majątkowych składników obu firm. ARP deklaruje, że niektórzy gotowi są nawet kupić całe zakłady. Stoczniowcy boją się, że to się nie uda i stocznie zostaną podzielone ma małe zakładziki.
— Stocznie są jak domino. Jeśli jakiś element jest źle ustawiony, reszta nie ułoży się zgodnie z planem. Jest kilku inwestorów, którzy chcą kupić całe zakłady, ale wystarczy, że znajdzie się ktoś, kto zaproponuje wyższą stawkę za malarnię czy prefabrykację i reszta dla inwestora zainteresowanego całością może okazać się bezużyteczna. Przerwany zostanie ciąg produkcyjny — obawia się Marek Lewandowski, rzecznik Solidarności Stoczni Gdynia.
To Komisja Europejska zażądała, abyśmy sprzedali stocznie w częściach i aby o wyborze kupujących decydowała cena.
Strach związkowców
Sprzedaż stoczni to trudny proces, do którego — oby szczęśliwego — finału trzeba jeszcze dotrwać. Umowy na sprzedaż stoczniowego majątku mają być podpisane do końca maja. Inwestorzy będą jednak potrzebować czasu na zorganizowanie nowych zakładów.
— Do 26 maja wszyscy musimy się zwolnić, bo inaczej pracownicy nie będą mieć prawa wejścia do programu zwolnień monitorowanych. Nawet nie wiemy, czy będzie nam miał kto naliczyć wynagrodzenia za maj. Tymczasem w stoczni, która nic nie będzie produkować, przy utrzymaniu musi być zatrudnionych 400 osób. Miesięczny koszt niepracującej stoczni to 2,5 mln zł. Kto za to zapłaci? — pyta Marek Lewandowski.
Katarzyna Kapczyńska