Strach zablokował decyzje inwestorów

Adrian Boczkowski
19-05-2008, 00:00

Wielu inwestorów mogło w zeszłym tygodniu mocno się zdziwić. Bardziej wytrawni gracze zrozumieli, co się dzieje, ale z reguły już po fakcie. Nadzieje na powrót zwyżek indeksów i obrotów rozpaliła mocno wzrostowa środowa sesja. Wyniki PGNiG zdecydowanie powyżej prognoz analityków umożliwiły zwyżkę kursu o ponad 5 proc. Pociągnęła ona za sobą i inne spółki paliwowe. Orlen i Lotos miały podać wyniki w czwartek, więc widać było grę pod rezultaty I kwartału. Te okazały się dobre. Jednak zamiast dalszych wzrostów lub przynajmniej stabilizacji kursów paliwowi giganci od początku sesji mocno zniżkowali, oddając z nawiązką środową zwyżkę.

Na forach internetowych zawrzało, bo gracze zastanawiali się, co się działo. Tym bardziej że główne zachodnie parkiety zyskiwały nawet ponad 1 proc., a dane z USA i Niemiec napawały optymizmem. Obserwując jednak transakcje akcjami blue chipów i na kontraktach na WIG20, było widać, że nasza giełda grała pod dyktando arbitrażystów. Zamykając tłumnie pozycje na rynku terminowym, sprzedawali również zabezpieczające je akcje. Drobni inwestorzy nie mieli tu nic do powiedzenia.

Ubiegły tydzień obnażył słabość naszego rynku. Zagraniczni inwestorzy nie spieszą się z rekomendowanym przez duże banki inwestycyjne przeważaniem polskich akcji w portfelach. Podczas gdy inne rynki wschodzące mocno zyskały, czasem nawet wracając do poziomów z jesieni, Warszawa wciąż nie miała na tyle sił, by wybić się z trendu bocznego.

To, że GPW pozostała na szarym końcu, nie świadczy o większej atrakcyjności zagranicznych spółek. U nas wygrywa po prostu strach, a w Rosji czy Brazylii — chciwość. Można nazwać to owczym pędem, ale pierwsze skrzypce grają tu przecież duzi inwestorzy. Większość z nich postępuje racjonalnie i przemyślanie. Nie ma jednak co się dziwić, że inwestują tam, gdzie indeksy szybko odbijają się od dna. Naturalne, że chcą zarobić, ignorując przy tym sporo niższe wskaźniki polskich spółek. Wciąż powszechna niepewność zachęca raczej do gry niż do inwestowania. Choć od jakiegoś czasu nasz rynek jest mocno wyprzedany, gospodarka wciąż ma się dobrze, a firmy notują ogólnie coraz lepsze wyniki, nad Wisłą nadal panuje marazm. Dopóki nie zacznie się ucieczka kapitału z innych rynków wschodzących do „niegranej” jeszcze Polski, nie możemy liczyć na silne wzrosty. Jeśli w końcu przyjdą, to z kolei nie należy liczyć na ich trwałość. Widać, że jest jeszcze za wcześnie, by duzi globalni gracze inwestowali fundamentalnie.

Co dalej?

Niedosyt, niedosyt

Wciąż brakuje rąk, które mogłyby wyciągać kursy do góry tak, jak to się dzieje na innych rynkach. Jeśli nie będzie na GPW wyraźnej fali zakupów z zagranicy, niedosyt z zeszłego tygodnia pogłębi się i teraz. Nie pomogą tu raczej nawet dobre dane makroekonomiczne z Polski czy USA, jakich można spodziewać się w najbliższych dniach. Na razie GPW jest na takie impulsy głucha. A może to tylko cisza przed burzą?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Boczkowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Strach zablokował decyzje inwestorów