Ledwo przebrzmiały dźwięki europejskiego hymnu — kantaty „Oda do radości” z finału IX symfonii Beethovena — odegranego przed siedzibą Komisji Europejskiej w Brukseli z okazji intronizacji euro, a już padła pierwsza ofiara sporów wokół nowego pieniądza. Minister spraw zagranicznych Włoch Renato Rugiero ustąpił, demonstrując krytyczny stosunek wobec kolegów za ich eurosceptycyzm — zwłaszcza wobec ministra ds. reform Umberto Bossiego, który oświadczył, że Włosi nie zgadzają się z „odgórnym narzuceniem” im obcej waluty. Zdumiewające, iż nasza publiczna telewizja nawet o tym nie wspomniała. Czyżby wracała moda na przemilczanie „niewygodnych” wydarzeń?
Euroentuzjaści przeżyją niejeden jeszcze zawód, i to dużo poważniejszy od włoskiego incydentu. Wbrew ich oczekiwaniom i zapewnieniom, euro nie może się stać panaceum na unijne sprzeczności. Wręcz przeciwnie, wspólny pieniądz wszystkie te problemy tylko lepiej wyeksponuje, uwidaczniając ostrość ich konturów. Milton Friedman, guru monetarystów, noblista z 1976 r., ostrzegał przed pięciu laty: „Polityczna jedność może utorować drogę jedności pieniężnej. Monetarna jedność wprowadzona w nie sprzyjających warunkach okaże się barierą dla osiągnięcia jedności politycznej” (cyt. za „Rzeczpospolitą” z 2 września 1997 r.). Przyszłość okaże, kto miał rację: Friedman czy kanadyjski ekonomista Robert Mundell (Nobel 1999), którego teoria „optymalnych obszarów walutowych” przyczyniła się do powstania euro jako realnego, wspólnego pieniądza większości krajów Unii Europejskiej.
Trudno tu oczywiście dyskutować, czy UE stanowi optymalny obszar walutowy. Niezależnie jednak od tego prawomocne jest też rozumowanie na poziomie praktycznym: gdyby unia gospodarcza i polityczna już istniały, wówczas ustanowienie wspólnej waluty — jako narzędzia jednolitej polityki — byłoby czymś naturalnym i wręcz nieodzownym. Tu jednak postąpiono odwrotnie: wprowadzenie euro ma wymusić na krajach członkowskich podjęcie takich decyzji integracyjnych, jakich do tej pory podjąć nie zdołano, a które dwanaście (na razie) krajów EMU (Europejskiej Unii Monetarnej) mają przekształcić w jeden organizm gospodarczy i polityczny.
Nikt nie wie, jaką postać miałby przybrać taki twór. Wizja Stanów Zjednoczonych Europy z ponadnarodowym prezydentem i premierem leży daleko poza widocznym dziś horyzontem politycznym, a wszelkie próby kolejnych przybliżeń rozbijają się — od czasów de Gaulle’a — o pytanie: jakie kwestie wspólnotowe mogą być rozstrzygane większością głosów, a jakie decyzje muszą być podejmowane jednomyślnie. Problem dotyczy więc zakresu suwerenności państw członkowskich. Do tej pory, mimo upływu 1/3 minionego stulecia, nie potrafiono znaleźć zadowalającego i stosowalnego praktycznie rozwiązania. Obecnie zajmie się tą łamigłówką konwent konstytucyjny, który ma wypracować modus operandi instytucji zarządzających UE po jej rozszerzeniu do 27 państw.
Ale co tu mówić o unii politycznej, jeśli nawet w sferze gospodarczej nie osiągnięto deklarowanych celów. Integracja objęła zaledwie obrzeża rynku: handel i rolnictwo. Nie zdołano ujednolicić stóp podatkowych, wysokości i zakresu świadczeń socjalnych, a poziomy cen, które wewnątrz wspólnego rynku miały się wyrównać, nadal są zróżnicowane — w niektórych branżach jeszcze bardziej niż poprzednio. Nie stworzono zatem podstawowych warunków, zapewniających przedsiębiorstwom z różnych krajów członkowskich równość szans w działalności gospodarczej. W tych warunkach trudno się dziwić, że efekty wspólnej polityki energetycznej, technologicznej czy regionalnej są dalekie od ambitnych założeń. Paul Hofheinz zauważa przytomnie na łamach „The Wall Street Journal Europe”, że „wspólny unijny rynek każdy chce urządzić po swojemu”. Wynikających stąd sprzeczności interesów nie zdoła usunąć żadne euro, choćby najmocniejsze. Ale takie mocne to ono nie jest. Jak pisze John Vinocur w „International Herald Tribune”, euro „w ciągu trzech lat swego wirtualnego istnienia stało się maruderem, odstającym od dolara”. I rzeczywiście: w ciągu tych trzech lat euro straciło do dolara całe 25 procent!
Niezależnie od tego, czy i w jakim rozmiarze euro odniesie sukces, nie ulega wątpliwości, że wprowadzenie tej nowej waluty na rynek światowy jest największym wydarzeniem w finansach międzynarodowych od czasu układu w Bretton Woods z roku 1944, który miał dolarowi zapewnić światowa dominację, ale po ćwierćwieczu uległ rozpadowi. Dla nas, Polaków, problem euro jest szczególnie ważny — już choćby dlatego, że 70 proc. polskiego eksportu jest rozliczane w euro, a różnokierunkowe zmiany relacji kursowych między euro, dolarem i złotym (patrz wykres) mogą być źródłem strat lub korzyści — zależnie od tego, czy i na ile skutecznie potrafimy te zmienne koniunktury wykorzystać.
Poziom wiedzy Polaków o UE i o walucie euro jest nie tylko niski, ale wciąż deformowany przez stereotypy chciejstwa i różne bałamutne wypowiedzi. I tak na przykład Jan Krzysztof Bielecki, były premier, a obecnie wysoki funkcjonariusz EBOiR, zaleca na łamach „Rzeczpospolitej” z 22 grudnia zastanowienie się, „jak na szerszą skalę przyzwyczaić zwykłych obywateli (Polski) do myśli, że dolar to przeszłość i nadeszła epoka euro”. Mam nadzieję, iż mimo takiej rekomendacji Polacy nie zamienią swych oszczędności dolarowych na konta euro. A mówiąc poważnie — zalecenie pana Bieleckiego deformuje ogląd realnego świata finansów, w którym dolar jest — wciąż jeszcze — waluta najważniejszą.
Dopóki Polacy nie zaczną zdawać sobie sprawy z realiów międzynarodowych — będą szermować niespójnymi, a często „księżycowymi” wyobrażeniami. Zdumiewające, ale i przygnębiające jest na przykład to, że w myśl badań ankietowych, przeprowadzonych 2 i 3 stycznia na zlecenie „Wprost”, aż 59 proc. Polaków chciałoby, aby euro — znane im wszak tylko ze słyszenia — zastąpiło złotego. Natomiast z innych badań ankietowych, przeprowadzonych dwa tygodnie wcześniej wynikało, że: za natychmiastowym wprowadzeniem euro w Polsce jest (zależnie od grupy wiekowej) zaledwie od 9 do 18 proc. ankietowanych; za akceptacją euro w dalszej przyszłości wypowiada się od 16 do 25 proc. respondentów; przeważająca zaś większość albo jest przeciwna, albo w ogóle nic o sprawie nie wie. I nie chce wiedzieć, bo sprawa jest dla wielu doskonale obojętna.
I to właśnie jest najgorsze. Dwaj nowi sekretarze stanu, którzy podjęli się uświadomienia narodu polskiego co do istoty Unii Europejskiej i skutków naszego do niej akcesu — będą mieli twardy orzech do zgryzienia.