Szczeniak chwat

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2012-12-07 00:00

Uprzedzenie, nieco obaw i plastikowe siedzisko. Zupełnie nie samochód. Ale i nie skuter. Więc co? Jego skromność pojazd lekki. Przynajmniej tak ma w papierach. I można dokupić do niego kocyk.

Światem rządzą skojarzenia. Czasem paradoksy. Rzadko zdrowy rozsądek. Weźmy takiego Rafała. Cóż, imię jak imię. Semickie. Tłumaczone jako „Bóg uzdrowi”. Polska zna wielkich Rafałów, ja kilku znam. Są Rafałowie pianiści, tenisiści i satyrycy. Są dziennikarze, aktorzy, pisarze i piosenkarze. Jest Rafał plakacista, jest i żużlowiec. Znajdzie się malarz artysta, poeta i skoczek. Słowem, chłopaki zdolne i wszechstronne. Doświadczenie życiowe nauczyło mnie, że i sympatyczne oraz pomocne. Ale co ja zrobię, że kiedy słyszę to imię, miast hokeisty lub kolegi po fachu widzę tego w ząbek czesanego grubego Rafałka z 2a? Zalazł mi za skórę, traumę zafundował. I co? W sumie nic. Tyle, że z samochodami bywa podobnie. Są wśród nich i grube Rafałki z 2a.

Uprzedzenie

Nie wierzę w samochody elektryczne. Nie w to, że istnieją (to widzę). W to, że mają zbawienny wpływ na naturę, bo nie emitują „ceodwa”. W to, że są przyszłością motoryzacji, i w to, że są fajne. Jeśli prezentacja takiego auta zaczyna się od słowa „ekologiczny”, natychmiast przypomina mi się… Rafałek. Uprzedzony jestem, jak nic. Tak do Rafałów, jak i do elektrycznych wozów. Nic dziwnego, że gdy wsiadałem do malutkiego Renaulta Twizy, prychałem z politowaniem. Kilka godzin potem toczyłem już wewnętrzną walkę z poznawczym dysonansem. I wygrałem. Ale o tym za chwilę. Od początku. Renault stworzył samochód — nawet ja to muszę przyznać — nietuzinkowy. D

laczego nietuzinkowy? Bo: wygląda jak uśmiechnięte jajko, jeździ jak meleks, kosztuje tyle, ile samochód, ale jest skuterem, choć ma cztery koła. Jest za mały, by traktować go poważnie, i za duży, by przeciskać się między samochodami stojącymi w korku. Ma wyposażenie jak wóz drabiniasty, ale budzi same pozytywne emocje. Do tego (nie wierzę, że to piszę) jazda tym pojazdem daje sporo frajdy i — nie licząc zakupu — kosztuje niewiele. Niestety, podczas wręczania mi kluczyków panu z Renault wyrwało się coś o ekologii. Znielubiłem Twizy. Postanowiłem jednak dać mu szansę. Tylko jak się do niego dobrać? Po pierwsze, jest przywiązany do ściany kręconym powrozem niczym koń przed saloonem. Po wtóre, głupia sprawa, drzwi nie umiem otworzyć. Po kolejne, ochroniarz z parkingu zaczyna mi się podejrzliwie przyglądać.

Z pewnością nabiera wątpliwości, czy aby na pewno mam prawo przebywać tam, gdzie przebywam. Symuluję dzwoniący telefon i udając, że rozmawiam, obmyślam plan.

Auto bez klamek

Odpinam powróz. W rzeczywistości to elastyczny przewód do ładowania. Zatkniecie w gniazdku sugeruje, że było „tankowanie”. Po wyjęciu wtyczki przewód chowa się w skrytce z przodu auta, taki system… odkurzaczowy. Wierzchowiec odwiązany. Pora jechać. Kilka chwil (no dobra, kilkanaście) zajęło mi poszukiwanie klamki w drzwiach. Odnalezienie jej utrudniło mi to, że jej nie ma. Przynajmniej z zewnątrz. Ale skoro nie ma też szyb, problemu nie powinno być. Nie powinno, a jest. Klamka odciągnięta, a drzwi ani drgną.

— Źle to robisz! Drzwi otwierają się jak w Lamborghini — usłyszałem z głębi garażu. Rzeczywiście. Unoszą się! Co prawda nie jak w Lambo, bardziej jak chrabąszczowe skrzydła. Mniejsza z biedronkami. Wsiadam. Zamykam… skrzydełko i w jednej chwili dociera do mnie, że obcuję z autem, przy którym smart wygląda jak jacht przy tratwie. I to wyjątkowo małej tratwie.

Plastikowa F1

Poważnie. Twizy nie jest samochodem. Jest w pełni elektrycznym czterokołowcem. Z punktu widzenia przepisów bliżej mu do quada niż np. do Smarta. Ale ma drzwi. Skrzydełka znaczy, bo są cienkie, lekkie i bez szyb. W środku też mało samochodu. Znaczy: jest kierownica — zupełnie normalna, stacyjka i kluczyk też przypominają klasyczne rozwiązania. Cała reszta co najmniej tak dziwna, jak wygląd tego pojazdu. Na desce rozdzielczej (choć samo słowo deska tu wystarcza) są dwa przyciski — D i R. Poniżej pedały gazu i hamulca. Przed oczyma wskaźnik prędkości i naładowania akumulatora i wycieraczka szyby. Pod kuprem plastikowe siedzisko. Za nim (siedziskiem, nie kuprem) kolejne miejsce do siedzenia. Do tego bagażnik o pojemności mojego szkolnego tornistra (około 30 l) i to koniec. Żadnego ogrzewania, klimatyzacji, radia i zapalniczki. Bo niby po co? Klimatyzacja w quadzie, który jest skuterem? Bez sensu. Zresztą jako pojazd półotwarty Twizy gwarantuje klimatyzację naturalną. A że akurat jest listopad — raczej się nie spocę. Co ciekawe, pasy bezpieczeństwa z przodu są czeropunktowe. To na wypadek wypadku. Ich zapięcie ma podobno gwarantować bezpieczeństwo, gdyby Twizy przydarzyło się dachowanie. No dobra, zapinam. Ale skąd w śródtytule F1? Stąd, że projektem, którego rezultatem jest ten przedziwny jajowaty pojazd, jakim zaraz wyruszę w podróż, zajmowały się działy samochodów sportowych Renault. Od stanowisk testowych Renault Sport F1 w Viry-Chatillon po biura projektowe Renault Sport Technologies w Les Ulis. Producent nie ukrywa, że przy tworzeniu napędu Twizy procentowały doświadczenia zdobyte na torach F1 przy opracowywaniu systemu KERS/SREC (odzyskiwania energii kinetycznej) stosowanego w bolidach królowej sportów motorowych.

Ikarus ma gazy

To już połowa tekstu, a ja jeszcze z garażu nie wyjechałem. Pora wdusić przycisk D — do przodu znaczy i prawy pedał w podłogę.

Rozpędzam bączka do maksymalnej prędkości (80 km/h). Trwa to chwilę. Wrażenie z kategorii niesamowitych, ponieważ Twizy nie ma skrzyni biegów. Przełożenie silnika elektrycznego jest bezpośrednie — prosto z silnika do kół. Twizy nie wydaje też żadnych (poza świstem powietrza) dźwięków. Świetna sprawa. Ile sekund to trwa? Nie wiem, nie było czasu liczyć. Faktem jest, że Twizy jest dynamiczny. Według danych producenta do 45 km/h rozpędza się w 6,1 s. Słowem: to pojeździątko daje radę. A po kilkugodzinnej przejażdżce z bólem wywołanym niechęcią do aut elektrycznych muszę przyznać, że daje też dużo frajdy z jazdy. Ale do czasu. Powody dosyć gwałtownego spadku dobrego humoru są dwa. Po pierwsze, klimat. Zimno mi! Półotwarta konstrukcja zupełnie nie jest listopadoodporna — przynajmniej w Polsce. Twizy wymaga ubrania motocyklowego (bez kasku). Powód drugi to cierpiący na wzdęcia Ikarus, który od dobrych trzech minut pompuje mi do kabiny wydechowe wyziewy. Zaraz się uduszę. Tfu! Ekologia. Pomijając jednak obniżające poziom radości czynniki, jest nieźle. Ale potrzebuję chwili spokoju, by pozbierać myśli, umywalki, by otrzeć ikarusową sadzę z czoła, i rozgrzewającej herbaty, by przestać się trząść.

W kawiarni

Nie jestem z tych, co nie lubią śledzi, choć nigdy ich nie jedli. Słowem, byłem, widziałem i zmarzłem, by wyrobić sobie własne zdanie o elektrycznym Twizy. Oto — wcale nie krótkie — podsumowanie. Jazda: otwarta z obu stron kabina to swobodnie docierające powietrze. Da się przeżyć…latem. Wbrew temu, czego można by się spodziewać, hałas nie męczy nawet przy 80 km/h — chociaż rozmowa z pasażerem byłaby raczej utrudniona. Pasażer: no cóż, można go zabrać. System transportu jednak tramwajowy. Czyli pasażer siedzi za kierowcą, kolanami obejmując przedni fotel. Jeśli jest wysoki, kierowca ma podłokietniki. Zawieszenie: twarde, ale sprawne. Szybkie (oczywiście na miarę możliwości silnika) pokonywanie zakrętów to przyjemność. Silnik: elektryczny. Moc około 17 KM. Zasięg… udało mi się na jednym ładowaniu przejechać 67 km. Do pełnego naładowania wystarczy dostęp do zwykłego gniazdka i 3,5 godziny wolnego czasu. Jak na samochód mało, jak na skuter sporo. Słowem: do pracy i z powrotem (latem) powinno wystarczyć. Korki: Twizy, w odróżnieniu od skutera czy motocykla, nie jest na nie lekarstwem. Jest za szerokie, by przeciskać się między autami. Parkowanie: jest lepiej niż ze Smartem. Parkujesz tam, gdzie chcesz, i nie łamiesz przy tym przepisów. Auto jest długie na 2,34 m, szerokie na około 1,3 m. Do tego te „drzwi” a’la biedronka i to z obu stron. Że niby w mieście jest ciasno? W jakim?

Deszcz: zdarza się również latem. Obawiam się, że zacinający opad poważnie oszpeci garderobę i fryzurę kierowcy. O rany! To po to są te odpływy w plastikowych fotelach! Cena: w Polsce jest zagadką. Auto ma się pojawić w sprzedaży w 2013 r. We Francji Twizy sprzedawany jest systemem. To znaczy, że najpierw trzeba zapłacić za pojazd (taki, jak testowany przeze mnie, kosztuje około 7,7 tys. euro), potem trzeba dopłacić za te dziwne półdrzwi — 590 euro. A później wydzierżawić baterię (w cenie serwis i assistance) za, zależnie od pakietu, 50-72 euro miesięcznie. I już. A w Polsce? Ceny jeszcze nie skalkulowano. Wiadomo tylko, że pomysł z rozdzieleniem ceny auta od kosztów baterii będzie utrzymany.

Aspekt społeczny: jeszcze nigdy nie spotkałem się z taką skalą akceptacji nowatorskiego auta. Starzy, młodzi, kierowcy i piesi (obu płci) z uśmiechem witali Twizy na ulicach Warszawy. Dopytywali o szczegóły. Kucali, zaglądali i cały czas się uśmiechali. I to nie z politowaniem. Twizy ich rozczulał. I choć nikt nie wyraził chęci przygarnięcia tego pojazdu, każdy chciał go pogłaskać. Zupełnie, jakbym był na spacerze ze szczeniakiem.

Wyszło na moje

I co? Wyszło na to, że poza paroma wadami, które są wynikiem charakteru pojazdu, a nie jego konstrukcji, Twizy jest całkiem ciekawą alternatywą. Samochodu nie zastąpi, ale może być doskonałą propozycją dla chcących rozbudować domową flotę o… wozidełko. A tak się zarzekałem, że to fe!, bo ekologiczne, i że be!, bo elektryczne. I wiecie co? Nadal uważam, że samochody elektryczne są do bani! Przynajmniej dziś. Drogie, nie ma gdzie tego ładować, a i zasięg pozostawia wiele do życzenia.

Ale Twizy jest fajne. Bo Twizy to nie samochód. A to, że nie ma szyb? A który skuter je ma? A poza tym do Twizy można dokupić kocyk, znaczy „fartuch ochronny” (podobny do tych dla kierowców skuterów). I jeszcze jedno: maksymalna ładowność Twizy to 120 kg. Zatem mój drogi szkolny oprawco, jeśli od czasów 2a nie wziąłeś się za siebie, nie masz szans. Twizy nie pojeździsz. Ha!