Skrócony giełdowy tydzień posiadacze akcji mogą uznać ogólnie za udany. Bilans głównych indeksów wypadł na plusie. WIG20 zyskał 1,6 proc., WIG 1,5 proc., a mWIG40 1,1 proc.
Po dwóch tygodniach silnych wzrostów i tygodniu spadków, miniony tydzień przyniósł wielu inwestorom nadzieję na kontynuację letniej zwyżki. Problem jednak w tym, że urlopowo niskie obroty nie dają jednoznacznego potwierdzenia kontynuacji odbicia. Skończył się też sezon publikacji wyników kwartalnych (choć np. Bioton podał je dopiero po zakończeniu czwartkowej sesji). W ubiegłym tygodniu to właśnie reakcje na rezultaty spółek lub spekulacje ciągnęły indeksy w górę. Tak było na przykład w przypadku Orlenu, Asseco Poland, KGHM, Polic, LC Corp czy Sygnity. Rozczarowanie wynikami PGNiG i Agory wstrzymywało marsz WIG20.
W ubiegłym tygodniu inwestorzy wciąż przenosili się z rynków surwcowych na akcje, szczególnie na giełdę w Nowym Jorku. Nieśmiałe próby przywrócenia hossy na ropie czy miedzi nie spotkały się z szerokim odzewem i przyłączeniem się spekulacyjnego towarzystwa. Wzmacnia to tezę, że trend odpływu kapitału z rynku kontraktów na ropę, miedź, złoto czy pszenicę jest czymś trwalszym i będzie się utrzymywał jeszcze co najmniej kilka tygodni. To dobra informacja dla akcji.
Lepsze od prognoz wyniki Wal-Marta poprawiły nastroje i podniosły notowania całej branży detalicznej, niwelując w ten sposób rezultaty ujemnego odczytu lipcowej sprzedaży detalicznej w USA. Przejściowo nastroje popsuła za to przyspieszająca za oceanem inflacja konsumencka (CPI). Obiektywnie nie jest to zaskoczeniem, bo wzrost cen żywności czy paliw był oczywisty. Jednak wzmagająca się
inflacja w USA zwiększa szan-
se na szybkie podwyżki stóp procentowych. Choć nie powinno to sprzyjać gospodarce
i rynkowi akcji z powodu droż-
szego pieniądza, to w tym przypadku może być inaczej. Ewentualne rozpoczęcie serii podwyżek stóp na jesieni z pewnością wzmocniłoby dolara. Spodziewając się zwyżek USD, kapitał spekulacyjny z pewnością przeniósłby się w dużym stopniu ze strefy euro i Azji do USA, by zyskiwać na różnicach kursowych. A to oznaczałoby dalsze wzmacnianie dolara, wzrosty na Wall Street i przyciąganie gotówki z innych rejonów świata.