Sześć miesięcy to za krótko

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2016-05-17 22:00

Pięciogodzinna transmisja telewizyjna otwartej części posiedzenia obchodzącej półrocznicę Rady Ministrów była dosyć ciekawym zabiegiem socjotechnicznym.

Szeregowy wyborca mógł wreszcie zobaczyć, jak przebiegają hermetyczne normalnie posiedzenia rządu. Oczywiście trzeba wziąć wielką poprawkę na charakter i tematykę tych wyjątkowych obrad, ale przy rozpatrywaniu w trybie poufnym normalnych dokumentów sama zasada się nie zmienia — w danym punkcie głównym aktorem jest prezentujący projekt minister, tytułowany jego gospodarzem.

Marek Wiśniewski

O szczegóły dopytuje go premier Beata Szydło, a większość pozostałych członków gabinetu głównie koledze kibicuje i milcząco akceptuje. Właściwie trudno sobie wyobrazić, by… dawało się procedować inaczej.

Przecież standardowe obrady polskiego rządu, niezależnie od tego, która partia trzyma władzę, trwają od dwóch do czterech godzin, a punktów bywa nieraz wiele. Rada Ministrów to jednak nie Sejm… Gorszą stroną takiego proceduralnego medalu jest utrwalanie się Polski resortowej, mimo istnienia analizującego wstępnie projekty Stałego Komitetu Rady Ministrów oraz uzgodnień między ministerstwami.

W stosunku do obrad Sejmu rząd debatujący we własnym gronie ma ogromny komfort niewtrącania się opozycji. Ale porównanie niedawnej poselskiej kłótni nad tzw. „Raportem o stanie spraw publicznych i instytucji państwowych na dzień zakończenia rządów koalicji PO-PSL 2007-2015”, zwanym bezzasadnie audytem, ze wczorajszym absolutnie spokojnym rozpatrzeniem tzw. „Sprawozdania z półrocznej działalności rządu” ma bardzo ważny punkt wspólny.

Otóż oba dokumenty, których nazwy przytoczyłem z oficjalnych porządków obrad, w ogóle nie zaistniały w zwartej, pisemnej formie. Podobnie jak w minioną środę w Sejmie, również wczoraj w sali obrad Rady Ministrów były tworzone ustnie on-line przez kolejno występujących ministrów.

W obu wypadkach oczywiście podpierali się różnymi danymi, ale odczytywanymi. Rzecz jasna zupełnie inne były cele takiej wygodnej żonglerki liczbami — wtedy chodziło o napiętnowanie poprzedników za grzechy, a teraz o podkreślenie własnych przymiotów i osiągnięć.

Ma sens odniesienie ministerialnego korowodu do sejmowego exposé. 18 listopada poszczególne tematyczne strony czy nawet większe akapity pisali ministrowie, a całość odczytywała premier. 17 maja swoje klocki tworzące ulotną całość czytali osobiście ministrowie. I jeszcze pewna ciekawostka, mało zauważalna.

Gabinet Beaty Szydło formalnie obchodził półrocze, ale sami ministrowie raczej odnosili się do początku roku. Albowiem w listopadzie i grudniu rządowa machina legislacyjna była uśpiona, nawet projekty finansowe i inne bezwzględnie wymagające solidnej obróbki urzędniczej oraz uzgodnień międzyresortowych Prawo i Sprawiedliwość anormalnie forsowało w trybie projektów poselskich, a Sejm anormalnie pracował po nocach.

Na szczęście od stycznia się to uładziło, parlament już działa planowo z kalendarzem w ręku. Jeśli jednak chodzi o uczciwą ocenę dorobku rządu — nie mylić z dorobkiem całego PiS — to jest zdecydowanie za wcześnie. Wczoraj ministrowie o zbyt wielu ważnych projektach mówili w czasie przyszłym. A nawet bardzo przyszłym.