Rezerwy walutowe w Szwajcarii biją w ostatnich miesiącach kolejne rekordy. Na koniec lipca 2012 r. Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) trzymał na kontach 406 mld CHF zagranicznych walut. W samym lipcu rezerwy wzrosły o 41 mld CHF, a przez ostatnie trzy miesiące o 159 mld CHF. Tak mocny przyrost rezerw to zjawisko, które jeszcze kilka lat temu wydawało się niewyobrażalne. Dla porównania, całe rezerwy walutowe Wielkiej Brytanii stanowią obecnie równowartość 79 mld CHF.

Ofiara własnego sukcesu
Jeszcze na początku 2009 r., kiedy rozpoczynał się kryzys na rynkach finansowych, rezerwy walutowe Szwajcarii nie przekraczały 50 mld CHF. Kraj pod względem gromadzonych zasobów właściwie nie istniał na mapie świata. Dzisiaj Szwajcaria należy do piątki państw z największymi rezerwami, a w ciągu kilku miesięcy prawdopodobnie wskoczy do pierwszej trójki.
Pęczniejący skarbiec SNB to przede wszystkim skutek decyzji banku o osłabianiu franka. Od września 2011 r. SNB pilnuje, by cena euro nie spadła poniżej 1,2 CHF. Żeby utrzymać ten kurs, SNB musi kupować na rynku waluty zagraniczne, głównie euro, a sprzedawać nowo wykreowane, „dodrukowane” franki.
SNB broni w ten sposób swojej gospodarki. Popyt inwestorów na szwajcarskie aktywa (uznawane za bezpieczną przystań) jest tak potężny, że wywiera presję na umacnianie franka, co odbiera konkurencyjność helweckim eksporterom. W ostatnich trzech miesiącach nasiliła się niepewność dotycząca sytuacji w Grecji czy Hiszpanii, przez co kapitał jeszcze mocniej niż dotychczas płynie do Szwajcarii. Żeby nie spowodowało to umocnienia franka, SNB musi drukować dziesiątki miliardów franków miesięcznie. Na dłuższą metę takie zalewanie gospodarki drukowanym pieniądzem jest nie do utrzymania.
Rosnące rezerwy SNB to dobra wiadomość dla polskich kredytobiorców zadłużonych we frankach (700 tys. osób). Gdyby nie maszyny drukarskie, frank kosztowałby prawdopodobnie nie 3,4 zł, ale około 4 zł.
Jak długo Szwajcaria wytrzyma tę walkę? Z jednej strony wydaje się, że sytuacja jest pod kontrolą. Masowy dodruk pieniądza na razie nie powoduje wzrostu inflacji. Szwajcaria od niespełna roku ma wręcz deflację, czyli spadające ceny. W lipcu wskaźnik cen konsumpcyjnych wyniósł -0,7 proc. (r/r).
— Jedynym czynnikiem, który mógłby uniemożliwić SNB kreowanie pieniądza, jest groźba wybuchu inflacji. Tego zagrożenia jednak na razie nie ma — przekonuje Maxime Botteron, ekonomista Credit Suisse.
Z drugiej strony, utrzymywanie od ponad trzech lat bezprecedensowo luźnej polityki pieniężnej (dodruk pieniądza plus niemal zerowe stopy procentowe) ma uboczne skutki dla gospodarki. Choć inflacja konsumencka trzymana jest w ryzach, rosną ceny innych aktywów, zwłaszcza nieruchomości. Szwajcaria przeżywa największy boom na tym rynku od dwóch dekad.
Według danych SNB, od połowy 2008 r. do końca czerwca średnia cena 1 mkw. domu jednorodzinnego wzrosła o 17 proc., co jak na oazę stabilności, jaką jest Szwajcaria, jest potężnym, niebezpiecznym wzrostem. SNB zdaje sobie z tego sprawę, dlatego ostatnio zaleca bankom ograniczenie akcji kredytowej.
Za wszelką cenę
Według Radosława Bodysa, głównego ekonomisty PKO BP, jeśli presja na umocnienie franka utrzyma się na obecnym poziomie, SNB może przejść do kontrataku i szukać dodatkowych sposobów na utrzymanie kursu EUR/CHF powyżej poziomu 1,2.
— Może na przykład wprowadzić ujemną stopę depozytową, czyli banki nie tylko nie dostawałyby odsetek od lokowanych w banku centralnym depozytów, ale wręcz musiałyby za taką „usługę” płacić podatek. Mogłoby to zniechęcić część inwestorów do „parkowania” kapitału w Szwajcarii, co obniżyłoby presję na umacnianie franka. Pojawiają się też inne pomysły, np. jakaś forma kontroli przepływów kapitałowych. Chodzi o to, żeby zbudować drugi — obok interwencji walutowych — filar obrony kursu franka — mówi Radosław Bodys.
Polscy kredytobiorcy nie mają na razie powodów do obaw. Jak przekonuje ekonomista PKO BP, nic nie wskazuje na to, by SNB w najbliższych miesiącach zrezygnował z osłabiania franka.
— Determinacja banku centralnego do obrony wyznaczonego kursu jest bardzo silna — zapewnia Radosław Bodys. Według analityków, SNB wkrótce przejdzie od słów do czynów też na rynku nieruchomości, np. podnosząc bankom stopę ezerwy obowiązkowej lub nakazując im podnoszenie wskaźników kapitałowych.
— Bank centralny obawia się bańki na rynku nieruchomości i chce schłodzić koniunkturę. Prawdopodobnie jakieś działania zostaną podjęte jeszcze w tym roku — twierdzi Andreas Venditti, analityk Zuercher Kantonalbank.