Ta twarz i nazwisko mają realną wartość

Marcel ZatońskiMarcel Zatoński
opublikowano: 2022-01-21 15:18

O bezpiecznych i agresywnych inwestycjach, życiu po NBA i urokach esportu opowiada Marcin Gortat

Jesteś jednym z głównych inwestorów Polskiej Ligi Esportowej. Właściwie po co ci to? Biznes przecież nieduży...

Zależy, jak na to patrzeć, to nie są mikropieniądze, choć z perspektywy całego mojego majątku dużo to rzeczywiście nie waży, przynajmniej jeszcze. W tym przypadku inwestycja to był jednak no-brainer: uwielbiam grać w gry, czuję to, wiedziałem, że mogę zrobić coś ciekawego i zorganizować fajną społeczność. Z propozycją inwestycji przyszły do mnie osoby, którym ufałem, ludzie z chłodną głową i kręgosłupem moralnym, z którymi współpracowałem już w branży eventowej, więc czemu nie? Przy tym projekcie nie muszę się do niczego zmuszać – kiedy piszę o tym w social mediach, czuję to i rozumiem. Jakbym miał firmować projekt związany z np. pływaniem synchronicznym, to byłoby trudniej.

Gwiazdy w biznesie często robią właśnie za twarz, dają wiarygodność projektowi, a ich faktyczne zaangażowanie kapitałowe jest niewielkie.

Wszedłem tu z gotówką, więc to nie jest tak, że daję tylko twarz. Z drugiej strony – ta twarz i nazwisko mają przecież realną wartość. Kiedy gdzieś wchodzę, to z automatu partnerzy mają większe zaufanie, przynoszę też swoją sieć kontaktów i zasięgi. W przypadku PLE mam wpływ na to, co się dzieje w firmie, załatwiłem np. partnerstwo z eWinnerem, z którym samodzielnie wcześniej współpracowałem. Zresztą zawsze staram się działać tak, żeby różne moje projekty biznesowe zazębiały się ze sobą. Z żoną kupiliśmy niedawno fabrykę kosmetyków i będziemy wychodzić z produktami na rynek. To wszystko się ze sobą spina – kosmetyki dla mężczyzn sam mogę reklamować, a publiczność PLE to prawie wyłącznie faceci, więc kanał dotarcia jest świetny.

Sport zza biurka:
Sport zza biurka:
Po zakończeniu kariery koszykarskiej Marcin Gortat mocno zaangażował się w różne przedsięwzięcia biznesowe. W Polsce szczególnie widoczny jest jako twarz i znaczący udziałowiec Polskiej Ligi Esportowej, organizującej rozgrywki m.in. w Counter Strike: Global Offensive.
Krystian Pilawa

To jak jest z tym twoim czuciem gier? Zarywasz noce na strzelankach?

Grałem od dziecka – najpierw na Commodore, kolejnych wersjach Amigi, w końcu na Playstation i teraz głównie na komputerze. Wkręcony byłem przede wszystkim w strategię: Age of Empires, Starcraft, na Amidze Diuna, trochę czasu poświęciłem też na Warcrafta i Company of Heroes. Teraz gram głównie w ostatnie Age of Empires, lubię też RPGi i np. Diablo. FPS-y też lubię, ale nigdy nie byłem w tym dobry. Zresztą widać to teraz czasem na meczach pokazowych, jak kogoś trafię, to jestem przeszczęśliwy. W esporcie dużą przyjemność sprawia mi jednak łączenie społeczności. Tu naprawdę błyskawicznie można zrobić coś fajnego. Kiedyś na streamie zaproponowałem, żeby zrobić tak na szybko turniej, że dam 1 tys. zł na nagrodę. Błyskawicznie zrobił się z tego wielki event, na serwer zaczęli się dobijać nawet gracze spoza Polski, odezwali się sponsorzy. Zrobił się z tego cały cykl, biznes się kręci, a ja to po prostu lubię robić.

Tylko z pensji w NBA zarobiłeś prawie 100 mln USD przez 12 lat. Co robisz z tymi pieniędzmi?

Do tego dodaj pensje z Bundesligi, bonusy za play-offy, deale marketingowe, kontrakty ze sponsorami, z producentami sprzętu, tantiemy za wykorzystanie wizerunku na kartach kolekcjonerskich czy w grach komputerowych. Źródeł przychodów było sporo, więc solidnie zarobiłem. A teraz, mam nadzieję, mądrze to inwestuję.

Polska maszyna:
Polska maszyna:
Marcin Gortat od 2007 do 2019 r. rozegrał w NBA prawie 900 spotkań. Jako zmiennik w Orlando Magic doszedł do finałów NBA, a potem był zawodnikiem pierwszej piątki w Phoenix Suns i Washington Wizards nim zakończył karierę w drużynie Los Angeles Clippers.
Bob Sullivan / Reuters / Forum

No tak, koszykarzy, którzy dobrze zarobili, a potem szybko stracili majątek, było sporo. Allen Iverson, Vin Baker...

Chyba Antoine Walker był rekordzistą pod tym względem. Ja dużą część majątku inwestuję bardzo bezpiecznie, celując w stopę zwrotu między 6 a 10 proc. rocznie, zbierając dywidendy i z tego finansując konsumpcję czy inne rzeczy. Jakieś 30 proc. portfela to inwestycje bardziej agresywne, w ramach których chciałbym zarabiać 20-40 proc. w skali roku. Niektóre oczywiście się nie udają, są porażki, tracę po kilkaset tysięcy. Ogółem to się jednak balansuje tak, że w najgorszym razie na agresywnych inwestycjach wychodzę na zero, ale raczej jestem do przodu.

6-10 proc. zwrotu na bezpiecznej inwestycji to całkiem sporo.

Solidne zyski przynoszą mi nieruchomości, zwłaszcza na rynku amerykańskim. Tam mam od kilku lat z dobrymi przyjaciółmi fundusz, którego aktywa sięgają 600 mln USD, w jego portfelu jest dużo budynków w Phoenix. W Polsce inwestuję sporo w w Łodzi – w dużej części projektów mam udziały.

A naciągacze nie są problemem? Domyślam się, że do sportowca, który sporo zarobił, przychodzi mnóstwo osób ze „świetnymi" projektami biznesowymi.

Tak, to jest plaga, z kilkoma naciągaczami mam nawet sprawy w sądzie. Moja strategia jest taka, że jeśli ktoś chce wejść ze mną w biznes, to może opowiedzieć o swoim pomyśle, ale ja zaraz potem zamawiam wywiad gospodarczy – zlecam analizę działalności, sprawdzam, czy nie ma wyroków, majątku przepisanego na kochankę albo komornika na karku. Oczywiście od analizy szczegółów biznesplanu, założeń finansowych i warunków prawnych umów mam od lat kilka zaufanych osób, które zjadły zęby na biznesie i potrafią wyłapać farmazony. W pierwszy biznes z nowym partnerem nie wchodzę zresztą mocno. Jeśli pomysł się spina, to wykładam 100, 200 tysięcy – nie po to, by zarobić, tylko by zweryfikować relację biznesową. Jeśli wszystko będzie w porządku, to w przyszłości będzie można zrobić coś większego.

I pomnożyć majątek do jakiego poziomu?

Wiesz, w pewnym momencie to już nie jest taka wielka różnica, czy ma się 500 mln, 600 mln czy 1 mld zł – to zaczynają być tylko cyferki. Ważne, żeby robić rzeczy, które sprawiają ci przyjemność.

Pamiętam artykuł z początku twojej kariery w NBA o potężnym BMW, którym jeździłeś po Orlando...

Tak, to było moje wypielęgnowane dziecko. Tyle że nie mam już dwudziestu kilku lat, żeby jeździć takim potworem, a to był potwór, robił ogromny hałas, nadawał się do wyścigów a nie do jazdy na co dzień, więc go w końcu sprzedałem. Pytasz, czy wydaję pieniądze na drogie samochody? Nie chcę się popisywać tym, co mam w garażu, bo zaraz ktoś się przyczepi. Jasne, mam Rollsa, mam Bentleya, kupuję Ferrari, ale wiesz, teraz kupię, kiedyś sprzedam, nie jest to ani powód do dumy, ani źródło jakiejś wielkiej przyjemności. Większą przyjemność sprawia mi, kiedy dostanę nową myszkę gamingową – to się przydaje.

Jak wygląda dzień koszykarza na emeryturze?

Większość czasu spędzam w USA – teraz w Orlando, bo czekamy z żoną na wykończenie domu w Los Angeles. Do Polski przylatuję co jakiś czas na wydarzenia i rozmowy biznesowe, by zająć się fundacją i po to, by wykonać świadczenia dla partnerów. W zwykły dzień wstaję rano i zabieram się za ćwiczenia. Jeśli przez 16 lat uprawiało się wyczynowo sport i w tym czasie serce harowało ponad miarę, to nie można tak po prostu usiąść na kanapie. Trzeba iść i ćwiczyć, zadbać o serce, zadbać o kręgosłup, jeździć na rowerku, biegać na bieżni, ze cztery razy w tygodniu pójść na siłownię. Nie przerzucam już jednak takich ciężarów jak kiedyś, bo i po co – no i nikt mi za to już nie płaci. Po treningu jest pora na rozmowy biznesowe, a po południu czas dla siebie. Wtedy mogę sobie pograć w gry albo spędzić czas z żoną. Staramy się ten czas spędzać produktywnie – jest takie powiedzenie, że mali ludzie rozmawiają o innych, a wielcy o przyszłości, więc nie plotkujemy, tylko planujemy.

Czas na fundację:
Czas na fundację:
Od 2008 r. jedyny polski koszykarz, który zrobił karierę w NBA (na parkietach pojawili się też Cezary Trybański i Maciej Lampe), organizuje w wakacje w Polsce – Gortat Campy, czyli spotkania i treningi z dziećmi w wieku 9-13 lat. Jego fundacja przyznaje też stypendia dzieciom w trudnej sytuacji i finansuje zakup sprzętu sportowego do szkół.
Andrzej Hulimka / Forum

A do koszykówki cię nie ciągnie? Steve Nash, były kolega z Phoenix Suns, został niedawno trenerem Brooklyn Nets...

Pewnie mógłbym zostać trenerem i sporo nauczyć młodych zawodników, czasem o tym myślę. Tylko czy to jest coś, czego potrzebuję? Czy byłbym szczęśliwy, uwiązany przez 8-9 miesięcy w jednym miejscu, chodząc dzień w dzień na treningi? Wolę jednak większą swobodę. Koszykówkę wciąż oglądam, choć nieregularnie – kibicuję oczywiście Orlando, tyle że drużyna jest w przebudowie od ponad dekady, wspieram też Waszyngton.

Z twoją grą w Orlando wiąże się jedno z moich najlepszych sportowych wspomnień – kiedy w play-offach w 2009 r. w meczu z 76ers wyszedłeś w pierwszej piątce za zawieszonego Dwighta Howarda i zagrałeś naprawdę świetny mecz przeciw dobrej ekipie: młody Iguodala, Lou Williams...

... i Sam Dalembert na centrze. Byłem wtedy na maksa przygotowany do gry. Cały sezon powtarzali mi, że muszę być gotowy w każdej chwili, bo zawsze może się przydarzyć kontuzja. Ale komu, Dwightowi-terminatorowi, który mógł się przebijać przez ściany? Przydarzyło się jednak zawieszenie, a ja byłem fizycznie i mentalnie przygotowany, byłem mocno nakręcony, energia mnie rozsadzała, bo przed meczem zjadłem cztery posiłki zamiast, jak zwykle, dwóch. Tamto Orlando było świetną drużyną z absolutnie wyjątkowym Stanem Van Gundym w roli trenera. On był bardzo wymagający, ale wystarczyło go uważnie słuchać, żeby wiedzieć, co ma się robić. A jak się mogę czegoś dowiedzieć, to słucham.

Godzina próby:
Godzina próby:
Marcin Gortat karierę w NBA zaczynał jako zmiennik Dwighta Howarda, wówczas najlepszego centra w lidze. Dobra gra z ławki i takie występy, jak w play-offach z Philadelphią w 2009 r., gdy zastąpił zawieszoną gwiazdę, zapewniły mu pierwszy duży kontrakt w wysokości prawie 6 mln USD za sezon.
Tim Shaffer / Reuters / Forum