Tandemy z potencjałem

30-03-2017, 22:00

Trzy małżeństwa zainwestowały w różne nieruchomości z dala od miejskiego zgiełku. Choć okoliczności były inne, każda z tych decyzji okazała się „strzałem w dziesiątkę”.

We dwójkę łatwej poradzić sobie w codziennym życiu, ale także… w biznesie nieruchomościowym.

Podpowiedzi.
Wyświetl galerię [1/6]

Podpowiedzi.

Marianna i Krzysztof Palewiczowie rozwijają swoje gospodarstwo agroturystyczne Słoneczny Stok w Półkotach, kierując się oczekiwaniami gości, którzy radzą im, co warto zmienić lub udoskonalić ARC

Rajska kraina

Słoneczny Stok w Półkotach w woj. podlaskim to wymarzone miejsce na odpoczynek w otoczeniu jezior, rzek Marychy i Czarnej Hańczy, Puszczy Augustowskiej i Wigierskiego Parku Narodowego.

— Moi rodzice mieli tu gospodarstwo rolne, które po nich objęła moja siostra. Choroba uniemożliwiła jej jednak prowadzenie upadającego gospodarstwa. Odkupując od niej część ojcowizny, staliśmy się z żoną właścicielami siedliska. Przez 27 lat mieszkania w pobliskich Sejnach marzyłem o powrocie do rodzinnej posiadłości, ale żona — będąc już na nauczycielskiej emeryturze — wzdragała się na myśl o przeprowadzce na wieś. Nie bardzo wiedziała, co będzie tam robiła — wspomina Krzysztof Palewicz, współwłaściciel Gospodarstwa Turystycznego Słoneczny Stok.

Zaproponował żonie rozkręcenie agroturystyki. Jak tłumaczy, założenie takiego biznesuw zrujnowanym miejscu to jak skok na głęboką wodę przy niewielkiej umiejętności pływania.

— To rozpoczynanie życia na nowo, na dodatek po pięćdziesiątce, a więc w wieku, kiedy należałoby raczej bawić wnuki, a nie zabierać się za biznes. Jednak stało się i wiele się działo. Po pięciu latach takich doświadczeń można by napisać grubą księgę — zapewnia Krzysztof Palewicz.

Słoneczny Stok oferuje 16 miejsc noclegowych w trzech stylowych domkach. Goście z każdego pokoju mają dostęp do łazienki z ciepłą wodą i aneksu kuchennego wyposażonego m.in. w mikrofalę, lodówkę, czajnik, talerze, kubki i sztućce. W domkach jest także bezprzewodowy internet. Właściciele Słonecznego Stoku zapewniają, że rozwijając swój biznes, kierują się gustami gości, którzy często zaglądają w najciemniejsze zakamarki i starają się doradzić, co warto zmienić lub udoskonalić.

— Pani Marta, architekt z Krakowa, wręcz nakazała pozostawienie charakteru gospodarstwa z lat 60. Jeszcze pięć lat wcześniej wszystko było ruiną i najprościej było zdecydować się na rozbiórkę. Postąpiliśmy jednak wbrew logice i zaczęliśmy od kosztownego remontu i przystosowania pomieszczeń gospodarskich pod kwatery turystyczne — tłumaczą Marianna i Krzysztof Palewiczowie. Ich inwestycja okazała się sukcesem.

— Wzruszające są niekiedy rozstania, jak to z dziesięcioletnim Michałem, który na pożegnanie podbiegł do nas i zapytał: „Czy jak dorosnę, to będę mógł jeszcze przyjechać do was na wczasy?”. To bardzo miłe gościć przypadkowych ludzi, którzy później stają się przyjaciółmi — mówi Marianna Palewicz. Właściciele Słonecznego Stoku chcą zapewnić gościom wypoczynek jeszcze bliżej natury.

— Jestem artystą fotografikiem, członkiem Fotoklubu Rzeczypospolitej Polskiej, dlatego zaraz po odrestaurowaniu „gliniaka”, który ma być miejscem spotkań twórczo-warsztatowych, ruszam z plenerami i warsztatami fotograficznymi, bo w bliskim sąsiedztwie gospodarstwa jest co fotografować — zdradza Krzysztof Palewicz.

My, Spartanie

Inna para — Paweł Łoza i Magdalena Baraniak — w Srebrnej Górze w woj. dolnośląskim zbudowała Warownię, nawiązującą formą do średniowiecznej osady. Wraz z przyjaciółmi założyli drużynę rekonstrukcji historycznej Villsvin Hird, organizują też obozy fabularne Silberberg oparte na autorskim systemie gry w terenie.

— Pomysł wynikał z fascynacji Górami Sowimi, ale też z potrzeby przygody, zamiłowania do survivalu i miłości do niezwykłego miejsca, jakim jest Srebrna Góra — tłumaczą Magdalena Baraniak i Paweł Łoza. Bazę noclegową otwarli wiosną 2013 r.

— Warownia nie należy do wygodnych i komfortowych, ludzie przyjeżdżają tu przede wszystkim po klimat i przygodę, mniej po luksusy i udogodnienia. Do dyspozycji gości są łazienki, toalety, bufet, elektryczne oświetlenie i ogrzewanie, ale w domkach nie ma łazienek, a śpi się we własnych śpiworach na wojskowych materacach — opowiada Magdalena Baraniak.

Zapewnia, że na obozach przeżywa się przygody, które zapadają w pamięć. — Można wziąć udział w zdarzeniach jak z gier komputerowych czy filmów — pościgi, ucieczki, bitwy, nocne wyprawy w teren, ekspedycje do ruin Twierdzy Srebrnogórskiej. Pojawiają się też elementy horroru i ciężkie psychologiczne dylematy.

Czasem można trafić na rekonstrukcyjne spotkania grupy Wikingów i Słowian, a nawet na bitwy o gród. Wesołych anegdot dostarczają też zwierzęta, te dzikie — buszująca po Halli, czyli sercu Warowni, popielica, która podkrada chleb gościom, czy borsuk, rozrzucający w nocy śmieci.

A nasze domowe psy, strzegące terenu — Birka, Bjorn i Brego objadają gości z kiełbasek przy ognisku, włamują się do domków, żeby przytulić się do śpiących, straszą po nocy i ogólnie stanowią atrakcję dla gości — opowiada Magdalena Baraniak. Właściciele Warowni mają wiele planów rozbudowy obiektu i wyposażenia go w udogodnienia.

— Dla indywidualnych klientów planowaliśmy dodanie chatki dostosowanej do pobytu rodzinnego, nieco wygodniejszej, z osobnym kominkiem i — jeśli się uda — łazienką. Mamy jednak dość trudny teren i każda rozbudowa jest skomplikowana — mówi Magdalena Baraniak.

Tak wyszło...

Doświadczenie Natalii Poniatowskiej-Wasiak i Jędrzeja Wasiaka-Poniatowskiego, właścicieli Chaty Piaskowy Koń w Mniszkowie w woj. dolnośląskim, pokazują natomiast, że nawet nagłe zmiany planów mogą się opłacić.

— Bardzo dobrze pamiętamy początki. To było w 2010 r. Mieliśmy wówczas konie i marzyło się nam organizowanie i przyjmowanie górskich rajdów konnych. Mieliśmy uprawnienia do prowadzenia takiej działalności jeździeckiej. Pierwotnym pomysłem było postawienie jurty mongolskiej otoczonej konowiązami — stworzenie takiego „górskiego stepu”.

Zaczęliśmy szukać funduszy na tę inwestycję i tak trafiliśmy na unijny program „Samozatrudnienie szansą na pracę”. Aby aplikować o 40 tys. zł wsparcia, musieliśmy jednak zamienić nasz „wspaniały pomysł” jurty mongolskiej na trwałą inwestycję, jaką był drewniany domek. Ponieważ kwota pokrywała niewielki ułamek kosztu całej inwestycji, zdecydowaliśmy się postawić wszystko na jedną kartę — mówią Natalia Poniatowska-Wasiak i Jędrzej Wasiak-Poniatowski.

Drewniany dom z kominkiem i zadaszonym tarasem utrzymany w ciepłym, wiejskim stylu może pomieścić do ośmiu osób. Nie jest ogrodzony, dzięki czemu można np. wypić poranną kawę, napawając się widokiem saren. Dom jest przyjazny dzieciom. Na miejscu są m.in. łóżeczko dla niemowlaka, krzesełka do karmienia, nocnik, zabawki do piaskownicy. Dla najmłodszych przygotowano też m.in. ogrodzony plac zabaw. Mile widziane są również zwierzęta. Na psy czeka legowisko, a na wszystkie zwierzęta miski do karmienia. Właściciele chcą dalej rozwijać swój biznes.

— Planujemy wybudowanie kolejnego drewnianego domu w dużej odległości od Chaty, by zachować przestrzeń, spokój i ciszę. Potrzeba budowy wyszła od gości, którzy chcieliby przyjechać tutaj w większych grupach, zachowując jednocześnie swoją prywatność — wyjaśniają właściciele Chaty Piaskowy Koń. &

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Gołasa

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Tandemy z potencjałem