Giełdowi gracze są często porównywani do hazardzistów, ale mało gdzie widać to tak wyraźnie, jak przy okazji inwestycji w kluby piłkarskie. Futbolowe firmy, które do batalii na boisku postanowiły dodać podbój parkietu, na tym drugim polu rzadko mogą pochwalić się sukcesami i stabilnie rosnącym kursem. Tu bowiem, jak w żadnej innej branży, o wynikach decyduje przede wszystkim szczęście, poziom konkurencji i sprawność stóp młodych mężczyzn — krótko mówiąc, cechy trudne do przedstawienia w giełdowych raportach i rachunkach zysków i strat. Po entuzjazmie inwestorów przy okazji ofert publicznych czy boiskowych sukcesów najczęściej przychodzi szara rzeczywistość — spadki, spadki, spadki. W maju ubiegłego roku Manchester United — jeszcze pod wodzą Alexa Fergusona — świętował zdobycie mistrzostwa Anglii.
Malcolm Glazer, amerykański właściciel drużyny, miał także inne powody do radości. Kurs spółki (ma 57,8 proc. akcji) na nowojorskiej giełdzie sięgnął 19,04 USD, co przekładało się na wycenę na poziomie 3,12 mld USD. Teraz, gdy trenowana już przez Davida Moyesa drużyna odstaje od ścisłej ligowej czołówki i jest bardzo daleko od zapewnienia sobie awansu do lukratywnej Ligi Mistrzów, po szczytach nie ma śladów. Kurs akcji Manchesteru United do połowy stycznia spadł o 22,5 proc., co przekłada się na spadek wartości o, bagatela, 680 mln USD. Wysokie zadłużenie sprawia ponadto, że bez wielkich sukcesów o zahamowanie trendu będzie trudno.
Takie spadki to w przypadku piłkarzy na parkietach reguła. W publikowanym przez Bloomberga indeksie Eurokick, grupującym kluby notowane na europejskich giełdach, dominuje czerwień. Mimo zwyżek na giełdach indeks stracił w ciągu ostatniego roku 1,5 proc. — tyle samo, ile najwięcej ważący w nim Arsenal. Ostro spadał kurs m.in. pogrążonegow kryzysie Glasgow Rangers (prawie o 70 proc., jest teraz najniżej w historii), prawie połowę wartości stracił też dobrze radzący sobie na boisku Galatasaray. Dla piłkarskich i giełdowych zapaleńców w jednym jest nadzieja. Jak wiedzą wytrawni klienci bukmacherów, spore zyski da się znaleźć nie tylko wśród piłkarskich gigantów, ale też w małych ligach i niewielkich klubach.
W ostatnich miesiącach takim czarnym koniem wśród notowanych na giełdach klubów był duński FC Midtjylland — jego wartość w ciągu roku skoczyła o 178 proc. Świetną passę miała też do niedawna AS Roma (153 proc. wzrostu w pół roku) i Sporting Lizbona. Kurs portugalskiego klubu w 12 miesięcy zyskał aż 280 proc., co pozwoliło mu… wrócić do poziomu z 2011 r. Dekadę temu, gdy zapanowała moda na wprowadzanie piłkarzy na parkiety, Sporting był jednak wart aż osiem razy więcej.
