Poniedziałkowa przecena na rynkach, którą można nazwać horrorem, zabrała ze światowych giełd biliony dolarów. W Europie dramatyczne spadki przeżyli akcjonariusze rosyjskich spółek. Indeks RTS na moskiewskiej giełdzie, gdzie handel był wstrzymywany kilku razy podczas sesji, zanurkował aż o 19 proc. Fatalnie także wypadły największe europejskie rynki (francuski CAC40 spadł o ponad 9 proc.). Głównym winowajcą był tradycyjnie sektor finansowy, ale tym razem dołączył do niego także surowcowy, którego indeks obniżył się aż o 13,66 proc.
Gracze w minorowych nastrojach oczekiwali na zakończenie handlu na Wall Street. Początkowo nowojorskie giełdy zdominowała agresywna podaż. Na szczęście w ostatniej godzinie byki przejęły inicjatywę i udało im się odrobić połowę strat. Inwestorów ucieszyła możliwość skoordynowanego cięcia stóp procentowych przez Fed, Bank of England i EBC. Ostatecznie Down Jones spadł o 3,58 proc., a S&P500 o 3,85 proc. Największe straty w indeksie DJ poniósł Bank of America (6,55 proc.), a najmniejsze Intel (0,26 proc.). Na azjatyckich rynkach tym razem niedźwiedzie nie przejęły całkowitych rządów. Australijski Bank Centralny obciął stopy procentowe o 100 pkt., dokonując tym samym największej jednorazowej redukcji od 1992 r., co pomogło tamtejszemu indeksowi All Ordinaries. W zielonej strefie znalazł się także singapurski Straits Times. Znacznie mniej optymizmu wykazali inwestorzy w Japonii, gdzie Nikkei 225 przed godziną ósmą tracił około 2 proc.
Powagę sytuacji zaczynają doceniać przywódcy największych państw. Na piątek zaplanowali spotkanie (grupa G-7) w Waszyngtonie, które ma być poświęcone omówieniu możliwości wspólnych działań mających na celu przeciwdziałanie obecnemu kryzysowi. Także premier Chin-Wen Jiabao zadeklarował, że jego kraj przyczyni się do uspokojenia rynków i jest gotowy do wykorzystania środków finansowych jakimi dysponuje oraz współpracy z innymi rządami. W tym kontekście trochę niezrozumiałe wydają się być wypowiedzi prezesów niektórych banków, w rodzaju Profumo (szef UniCredit), że obecna sytuacja przypomina Wielki Kryzys z 1929 roku. Wygląda to jak dolewanie benzyny do ognia, tym bardziej, że to oni są obwiniani za ten stan na rynkach finansowych.
Obecne, dramatyczne, spadki na giełdach próbują wyprzedzić powszechnie spodziewaną recesję jaka ma wystąpić w czołowych krajach na świecie ,w najbliższych kwartałach. Problem jednak w tym, że nikt tak naprawdę nie zna wpływu obecnego kryzysu finansowego na realne gospodarki. Prawie wszyscy się zgadzają, że będzie on spory, w sensie negatywnym, ale nie musi być on przecież katastrofalny. Dopiero za miesiąc dowiemy się z jakim spowolnieniem mamy do czynienia.
GPW nie ma większego wyboru i będzie poruszać się w rytm światowych indeksów, chociaż wyraźnie rysuje się silne wyprzedanie rynku, a inwestorzy nie akceptują poziomu cen i nie bardzo są gotowi rozstawać się z akcjami. Na dzisiejszej sesji, początkowo, pod presją podaży może być nadal sektor finansowy, który do niedawna był oazą spokoju na tle dramatycznie spadających notowań banków w innych krajach i skutecznie dotąd opierał się wyraźnej przecenie. Także KGHM może rozpocząć notowania na czerwono, ale jego czarna seria powinna zbliżać się do zakończenia i istnieje prawdopodobieństwo, że byki przejmą nad nim kontrolę. Warto też zwrócić uwagę na TP SA, której cena w transakcji pakietowej był wyższa niż na zakończeniu wczorajszych notowań.
Nastroje na giełdach są tak fatalne i poziom strachu jest tak duży, że
paradoksalnie, możliwość odbicia staje się bardziej realna. Nieco lepsze
zakończenie notowań na Wall Street, gdzie inwestorzy znacznie zmniejszyli
straty w końcówce handlu oraz stosunkowo mała zwyżka cen złota, dają nadzieję na
przejęcie inicjatywy przez popyt nawet na dzisiejszej
sesji.