Rowery zaczęły podbój świata od obecności na frontach wojskowych w XIX-wiecznej Europie. Teraz wojnę prowadzi
zawodowe kolarstwo.
Wojny są nawet dwie. Pierwszą batalię toczy się z wszechobecnym dopingiem. We Włoszech i we Francji, ojczyznach dwóch największych kolarskich wyścigów, korzystanie z niedozwolonej farmakologii jest zabronione pod karą więzienia. Dopingowe skandale, takie jak przypadek triumfatora ostatniego Tour de France Floyda Landisa, rujnują wizerunek tej dyscypliny. Walka toczy się więc o to, aby kolarstwo w wydaniu szosowym nie zostało zmarginalizowane. To też największa bolączka Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI).
— Jako odpowiedź na te wyzwania powstał coroczny cykl wyścigów UCI Pro Tour. To taki kolarski odpowiednik piłkarskiej Ligi Mistrzów — mówi Czesław Lang, dyrektor Tour de Pologne, jednego z wyścigów Pro Tour.
Błędy młodości
Swój debiut Pro Tour miał rok temu, kiedy zastąpił kolarski Puchar Świata. Miał powstać spójny, jasny produkt sportowy, atrakcyjny dla sponsorów, kibiców i kolarzy. Ogólne zasady są dość proste — 20 zawodowych grup, 28 wyścigów (wraz z mistrzostwami świata) sklasyfikowanych w trzech grupach, zależnie od stopnia trudności i prestiżu. Za zwycięstwo w najwyżej sklasyfikowanym wyścigu, Tour de France, przyznawane jest 100 punktów. Triumfator Tour de Pologne dostanie 50 punktów. Cały cykl wygrywa ten, kto zdobędzie ich najwięcej. Oprócz tego prowadzone są klasyfikacje drużyn i narodowości.
— Jak każde organizacyjne dziecko, tak i UCI Pro Tour ma swoje choroby młodego wieku — zaznacza Wojciech Walkiewicz, prezes zarządu Polskiego Związku Kolarskiego, członek dyrektoriatu UCI.
Organizatorzy tzw. Grand Tours, czyli trzech najważniejszych wyścigów — Tour de France, Giro d’Italia oraz Vuelta a EspaĖa — nie chcą zgodzić się na włączenie ich imprez pod egidę Pro Tour. Wcześniej z dystansem podchodzili oni do idei Pucharu Świata. Na razie jedynie pozwalają na uczestnictwo najlepszych drużyn w ich wyścigach. Co będzie w przyszłym roku? Raczej do zgody nie dojdzie.
Powstał więc swoisty pat — Grand Tours są teoretycznie poza Pro Tourem, ale z drugiej strony chcą mieć u siebie kolarskie gwiazdy. A te ściśle współpracują z UCI, któremu nikt nie może zabronić przyznawania punktów za zwycięstwo, np. w Wielkiej Pętli.
— Wszystko rozbija się jak zwykle o pieniądze. Każdy broni swoich interesów — przyznaje Wojciech Walkiewicz.
Walizka franków
Organizator, na przykład Tour de Pologne, musi najpierw zapłacić. Wykupienie czteroletniej licencji na organizowanie wyścigu z cyklu Pro Tour według regulaminu kosztuje prawie 7 tys. franków szwajcarskich. Do tego dochodzą koszty corocznej opłaty rejestracyjnej, która dla wyścigów etapowych wynosi 3,45 tys. franków za jeden dzień trwania imprezy. Minimalna pula nagród dla tego typu wyścigu — 15 tys. franków. Organizatorzy wyścigów z „Wielkiej Trójki” nie chcą płacić. Dlaczego? Bo świetnie radzą sobie bez pomocy Unii Kolarskiej. Mają odpowiednią sławę, długoletnie umowy sponsorskie, największe gwiazdy z wielką pasją walczą o wysokie nagrody w kilkunastu klasyfikacjach. Zwycięzca Tour de France, jeżeli nie zostanie złapany na dopingu, staje się herosem na lata.
Mniejsze wyścigi biją się o to, by trafić do Pro Touru. A w takim wypadku nie wystarczą pieniądze, by gościć kolarzy ze światowej czołówki. Trzeba mieć dobrze wychodzone ścieżki w gabinetach UCI i produkt sportowy z tradycjami. Walizka pełna franków co najwyżej pomoże.
— Perfekcyjna organizacja to podstawa, zresztą bardzo precyzyjnie opisują to przepisy UCI — mówi Czesław Lang.
W przepisach Unii Kolarskiej, mającej swoją siedzibę w Szwajcarii, znaleźć można np. dokładny rysunek, jak powinien wyglądać finisz (barierki, linie, szerokość, wysokość, długość) czy choćby zastrzeżenie, że samochody ekipy technicznej jadącej za peletonem nie mogą być wyższe niż 1,6 m. Ale warto się do tych instrukcji dostosować, bo na zawodowym kolarstwie się po prostu zarabia. Najpierw trzeba zainwestować w organizację, by potem odebrać sobie z nawiązką koszty od sponsorów skuszonych listą startową pełną znanych nazwisk i wielogodzinnymi transmisjami telewizyjnymi.
— To jest pełen profesjonalizm, spójna wizja sportowego cyklu, tak jak NBA, Liga Światowa siatkarzy czy lekkoatletyczne Grand Prix — przekonuje prezes Walkiewicz.
Choć kolejne zmiany są nieuniknione.
— W obecnej formie Pro Tour nie przetrwa. Już dyskutuje się o zmniejszeniu liczby wyścigów, obciążeń nakładanych na kolarzy, które pchają ich w doping — dodaje Wojciech Walkiewicz.
Kosztowna ekstraklasa
Na razie organizatorzy Pro Tour rywalizują o ten tytuł z ponad 800 innymi wyścigami, tak więc zwyczajem stało się to, że pula nagród jest znacznie wyższa od wymaganej. W tegorocznym Tour de Pologne zwycięzca dostanie m.in. fiata grande punto, a łączna pula nagród przekroczyła 0,7 mln zł.
Takie stawki to łakomy kąsek dla kolarzy. Tymczasem w Pro Tourze gwarantowane prawo startu mają tylko tzw. Pro Tour Teams, a tych jest jedynie 20. Ich roczne budżety przekraczają kilka milionów dolarów. Lwią część pochłania zakup i utrzymanie wozów technicznych, ciężarówek mieszczących stołówki, pralnie czy laboratorium. Do tego dochodzi liczebność grup wymagana przez UCI — minimum 25 kolarzy.
— To dlatego poszczególne drużyny są w stanie uczestniczyć nawet w trzech wyścigach jednocześnie, po prostu wystawiają trzy ośmioosobowe składy — zaznacza prezes PZKol.
Do wymagań doliczyć trzeba posiadanie odpowiednich gwarancji bankowych i kilkuletnich umów ze sponsorami. Prym wiodą Francuzi, Hiszpanie, Włosi, Belgowie i Niemcy. Polskie grupy na razie o miejscu w elicie mogą tylko pomarzyć. Tylko jeden zespół, Intel-Action (zaproszony zresztą do tegorocznego TdP na zasadzie „dzikiej karty”), sklasyfikowany został na środkowej półce, czyli jako Professional Continental Team. Pozostałe siedem polskich drużyn jest w kolarskiej trzeciej lidze. Na osłodę pozostaje więc nam pierwszoligowy wyścig.
