Terapia eksperymentalna

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2014-10-31 00:00

Gdyby Audi produkowało buty, to szpilki tej marki nazywałyby się TT. I gapiłyby się na ciebie bez przerwy. O, znowu się patrzą!

Program oglądałem. W zagranicznej telewizji. Dotyczył sposobu postrzegania świata przez ludzi, którzy urodzili się niewidomi. Tego, o czym śnią, jak ich mózg odbiera kształty itp. Okazuje się, że takie krzesło dla niewidomego wygląda jak… krzesło. Ma wysokość, szerokość i teksturę. Niewidomy „widzi” to samo co osoby bez problemów ze wzrokiem. Jego krzesło nie ma jednak koloru. Ale zdaniem naukowców nie można tego braku barw interpretować jako widzenia czarno-białego. To coś niepojętego dla osoby widzącej. A przecież niewidomi od urodzenia nie znają nie tylko kolorów, ale również odcieni szarości, a nawet barwy białej. W programie można było poznać eksperymentalną metodę „pokazywania” kolorów niewidzącym. Naukowiec wkładał w dłoń niewidomego różne przedmioty: ciepłe (jako alternatywę czerwonego), zimne („niebieskie”), pluszowe („róż”) itd. Po co o tym opowiadam? Ponieważ zamierzam zastosować podobną terapię. Tyle że samochodowo-obuwniczą.

Nomenklatura szewca

Rozmowa o samochodach z kimś, dla kogo motoryzacja to jedynie sposób na przemieszczanie się, ma podobny sens jak rozmowa z rdzennym mieszkańcem Wysp Szczęśliwych o ekonomicznych aspektach reglamentacji towarów w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i wypływu tegoż na systemowy krach. Nie dość, że mówimy innymi językami, mamy inne zainteresowania, a także inną wiedzę na ten temat i inne punkty odniesienia. Innymi słowy: nie dogadamy się. Chyba, że po wykładzie dla niego z najnowszej historii Polski i Europy.

Mam kilku kolegów, sporo koleżanek z Wysp Szczęśliwych. Ba! Żonę mam z Wysp Szczęśliwych. I jak mam im jednym zdaniem (potem zazwyczaj tracą zainteresowanie) odpowiedzieć na pytanie: „Czy to jest fajny samochód?”. Jak powiedzieć komuś, kto w motoryzacji widzi tyle pasji, co ja w spacerach (nienawidzę wałęsać się dla wałęsania), „dlaczego nadsterowność raz jest wadą, a innym razem zaletą?” Albo: „Dlaczego raz piszę o rozpieszczająco miękkim zawieszeniu i pieję nad tą pieszczotą z zachwytu, by innym razem narzekać, że jest za miękko?”. Otóż dlatego, że nie wszystkie buty muszą mieć obcas. Choć dla mnie (tak w motoryzacji, jak i modzie) te bez obcasa mogłyby nie istnieć. Nie, nie chadzam w szpilkach! Chociaż… jak nikt nie patrzy. Tak czy inaczej — szpilki wolę „ujeżdżać”. Bo samochody sportowe to szpilki. Mają różną wysokość obcasa (stopnie „wyczynowości”), sprawiają, że czujesz się wyśmienicie, dają radość i poczucie spełnienia, ale prawdziwe szczęście jest tylko wtedy, gdy już z nich wysiądziesz. Jazda takim autem po bruku to jakaś masakra. Kocha bowiem równe podłoże. Wymaga treningu (by uniknąć pokracznych sytuacji) i rzadko (przy pierwszym podejściu) uda się ładnie pójść (w szpilkach — prosto, w aucie — bokiem). Ale mimo całej jego niewygody, ciasnoty i bólu, jaki potrafi sprawić, rano cieszysz się, że czeka, by zabrać cię tam, gdzie idziesz. To jest właśnie auto sportowe.

Oczywiście są też kalosze (pick-up) stworzone do pracy w błocie, używane w upalne dni w mieście. Są trampki i „adidasy” (SUV), które niby pasują do wszystkiego (z naciskiem na „niby”). Buty oczywiście mogą być odkryte i z obcasem (roadstery). Mogą też być zwykłymi sandałami (np. Fiat Punto cabrio). Są dumne, wygodne i ciepłe kozaki (limuzyny), choć często usportowione (z obcasem), odzierane z wygody na rzecz elitarnego (sportowego) sznytu. Ale gdzie im tam do szpilek! I jest też ogromny segment balerinek (kompakty). Takie to i na wakacje, i do miasta. Do pracy i na zakupy. Są wygodne, łatwe w prowadzeniu, tanie, ale zamiast uwypuklać kształtną łydkę, kształtują kapciowatą stopę (czytaj: kierowca bez charakteru). I znowu: po dodaniu obcasa mamy hothatche. Niby toto sportowe, ale gdzie im tam do szpilek!

Warto by jeszcze wspomnieć o traperach (terenówki) i o całej masie „mieszańców”, czyli modnych ostatnio crossoverach. Gdyby były butami, byłyby trampkami na szpilce, ażurowymi botkami czy… białymi kozaczkami. Niby można w nich wszędzie. W praktyce jednak nie dalej niż innymi samochodami.

Czyli: elitą są szpilki.

Wirtualna plama

Audi TT trzeciej generacji właśnie wjechało do salonów. I jak poprzednie dwie generacje jest autem sportowym (czytaj: szpilki). Firma wiele serca włożyła w to, by TT, nie przestając być samochodem sportowym, zachwycało również na co dzień. Na szczęście nie do końca się to udało. Ale o tym w podsumowaniu. Teraz kilka faktów.

TT się zmieniło. Po pierwsze: schudło. O 50 kg w porównaniu do drugiej i o 150 kg w stosunku do pierwszej generacji. Z zewnątrz odmienione trochę (ostrzejsze cięcia, bardziej agresywny grill), wewnątrz — bardzo. Nie ma już klasycznych zegarów (jest „virtual cockpit”), nie ma centralnego wyświetlacza (jest… nic). Są dwa silniki do wyboru i trzeci w przyszłości. Najsłabszy (Diesel) ma 184 KM. Benzynowa jednostka 2,0 TFI ma 236 KM, a najmocniejsza (ta z przyszłości) ma mieć 310 KM (będzie to Audi TTS). Jednak największa zmiana (i najważniejsza z punktu widzenia „bycia szpilką”) dotyczy napędu Quattro. W tej generacji pozwala on na „pójście bokiem”, co dotychczas utrudniał. W nowym TT Quattro można sterować. Od prawie przednionapędowego do prawie tylnonapędowego. Dlaczego „prawie”? Bo napęd cały czas czuwa (czytaj: jest stały). Po co w takim razie przełączać? Żeby uwolnić demona. Na torze (w trybie dynamic) auto zachowuje się jak rasowa wyścigówka. Pomaga mu w tym doskonała skrzynia (dwusprzęgłowa) i perfekcyjny progresywny układ kierowniczy. W praktyce możesz przejechać tor, nie odrywając rąk z pozycji „za piętnaście trzecia”. Do tego piękne brzmienie układu wydechowego jest nieznacznie tylko wspomagane przez oscylator dźwiękowy. W przeciwieństwie do innych tego typu rozwiązań to działa bez zarzutu.

I jeszcze jedno. Wspomniany wirtualny kokpit (oficjalna nazwa: Audi virtual cockpit). W TT nie ma już analogowych zegarów. Nie ma też ekranu MMI. Jest za to (tam, gdzie kiedyś były zegary) wielki 12,3-calowy wyświetlacz wszystkiego. W trybie widoku klasycznego na pierwszym planie są prędkościomierz i obrotomierz. W trybie „Infotainment” na pierwszy plan wysuwa się mapa nawigacji, a wskaźniki są pomniejszone. Do tego informacje o aucie, ustawieniach, telefonie, radiu i systemie grającym. Wszystko regulowane z kierownicy lub umieszczonym między fotelami regulatorem MMI smart touch wheel. Cała koncepcja obsługi, stworzona całkowicie od nowa, koncentruje się wyłącznie na kierowcy. Pasażer ma przed sobą… No właśnie nic nie ma. Jak to działa? Podobnie jak spacer w szpilkach. Sterowanie tym urządzeniem wymaga treningu. Przyzwyczajenia natomiast wymaga kolorowa plama, która jawi się kierowcy gdzieś na granicy pola widzenia. Oczywiście wtedy, gdy koncentruje wzrok na drodze lub na szpilkach przechodzącej przez ulicę kobiety.

Czas na podsumowanie. Emocjonalnie jest to samochód sportowy. Co mi się nie podobało? Tarcze hamulcowe. W walce z masą nieresorowaną użyto oręża minimalizującego ich rozmiary. Oczywiście hamulce działają. Ale traci aparycja. Przy 20-calowych felgach (a takie też są dostępne w TT) nawet ponad 300-milimetrowe tarcze jawią się niczym tarcze od Daewoo Tico. Oczywiście można zamówić mniejsze (17-calowe) felgi. No, ale proszę was. Skoro już bierzemy szpilki, to bierzmy je od Christiana Louboutina albo Jimmiego Choo! Zgoda. Ma to swoje konsekwencje. Dłuższa podróż polskimi powiatówkami może zmęczyć. Na „siedemnastkach” będzie lepiej. Ale i tak niezupełnie dobrze.

TT to nie jest komfortowe auto. To szpilki! Mimo to zapewniam, że jak tylko twoje plecy odpoczną, z uśmiechem na twarzy zabierzesz swoje TT w kolejną podróż. Ten samochód po prostu cieszy dwa razy. Przy wsiadaniu i przy wysiadaniu. Jak szpilki. Na co dzień? No cóż. Tak jak kobieta w szpilkach na brukowanej drodze potrzebuje wsparcia męskiego ramienia, tak ty potrzebujesz… no, nie wiem. Może Q7? A i tak będziesz jeździł TT.

Wyznanie szowinisty

Dla kobiet szpilki są lekiem na całe zło: wysmuklają sylwetkę, optycznie wydłużają nogi i poprawiają samopoczucie. Każda na wysokościach wygląda po prostu atrakcyjnej, co przekłada się na większą pewność siebie. Faceci lubią szpilki z innego powodu. Pięknie jest po prostu (wy też macie wrażenie, że to one się na nas gapią?). Niestety, cena za zwiększone obcasami poczucie kobiecości jest wysoka (ból, otarcia i przekleństwa).

Dla mężczyzn lekiem na całe zło są takie samochody jak TT: odejmują lat, pozwalają oderwać się od rzeczywistości i (tak mówią) również mają zdolność wydłużania (z tym, że nie nóg). Dlaczego? Bo gdy szpilki przyciągają męskie spojrzenia, to samochody sportowe przyciągają damskie i nie ma w tym nic złego. Ceną jest cena auta (na nowe TT przygotuj około 200 tys. zł). Dolicz też karnet u kręgarza. Szowinistyczne te porównania? Owszem. Jestem szowinistą. I to z umiarkowanym fetyszem. Nie takim, co widzi kobietę w kuchni. Takim, który chciałby, aby jeśli kobieta już jest w kuchni, była tam w szpilkach. I nie mam nic przeciwko temu, by chciała widzieć mnie w sportowym aucie (no, może nie w kuchni).