Fart, wiara, zrządzenie losu, przypadek i intuicja. W teorii zarządzania nie ma o nich ani słowa. Nie uczą o nich na MBA. Więc jakim cudem mniejsze i największe fortuny powstały właśnie dzięki nim?
Wiek XX stworzył z zarządzania profesję, dziedzinę nauki. Dzięki temu podejmowanie trafnych decyzji w coraz mniejszym stopniu bywa dziełem przypadku. Aczkolwiek sukces nie zawsze jest efektem wyłącznie mozolnej pracy czy wieloletniego wkuwania na najlepszych uczelniach. W jego osiągnięciu często pomaga przypadek. Wiele decyzji marketingowych o przełomowym znaczeniu zapadło nie w szerszym gronie ekspertów czy w trakcie burzy mózgów...
Możliwe, że o drukarkach Hewletta-Packarda nikt dzisiaj by nie słyszał, gdyby nie pewien anonimowy inżynier, który w 1979 r. podczas naprawy klozetu zupełnie przypadkowo odkrył pewne specyficzne właściwości podgrzanego metalu. Właściwości te były kluczem do rozwoju nowej technologii drukowania, polegającej na rozpylaniu atramentu na kartkę, a nie drukowania punktów. W 1984 r. pojawiła się w sprzedaży pierwsza drukarka HP typu inkjet. Udział firmy w amerykańskim rynku drukarek komputerowych wzrósł w ciągu jednej tylko dekady z 2 do... 55 proc.
Zagłówki z dacii
Nie inaczej było z fortuną Zbigniewa Drzymały. Trudno przewidzieć, jak dzisiaj wyglądałby rodzinny zakład tapicerski w Grodzisku Mazowieckim, gdyby nie przypadek. Pod koniec lat 70. Drzymała usiłował sprzedać na jednej z giełd samochodowych we Francji swoją używaną dacię. Udało mu się, ale tylko dlatego, że kupującemu spodobały się wykonane przez Drzymałę fotele i zagłówki. Od tego czasu Drzymała skupił się wyłącznie na tapicerce samochodowej. Efekt? 5 proc. rynku europejskiego i fotele m.in. w mercedesach, porsche, volvo czy renault. I majątek wart 190 mln zł.
Jedna z największych polskich spółek informatycznych, Comarch, również powstała przez przypadek.
— Początek lat 90. Byłem profesorem światowej sławy, miałem kilka książek na sumieniu, robiłem karierę naukową. Ostatnią rzeczą, o jakiej myślałem, było zakładanie firmy i garnituru biznesmena. Moi współpracownicy na uczelni zarabiali wtedy bardzo mało, dlatego wpadliśmy na pomysł, że może warto by samodzielnie skomercjalizować osiągnięcia naukowe — dorobić do pensji. Chciałem stworzyć jedynie niewielkie centrum doskonałości uczelniano-przemysłowej, które — jak się okazało — szybko zaczęło się rozwijać w kierunku firmy — opowiada profesor Janusz Filipiak, prezes Grupy Kapitałowej Comarch.
Dzisiaj jego firma — notowana na GPW — warta jest prawie 1 mld złotych, a majątek założyciela — 295 mln zł.
— Czasem znalezienie się w dobrym towarzystwie może dać szansę poznania kogoś, kto z kolei umożliwi zrobienie interesu, o jakim wcześniej się nie myślało. Takie przypadkowe otworzenie drzwi. Tak było w moim wypadku. Gdybym nie poznał dr. Buerta SerVaasa, moje losy potoczyłyby się inaczej — twierdzi Zbigniew Niemczycki.
Zanim okrzepnie
Niekiedy trafne decyzje wspiera... instynkt. I choć obecnie krytykowane jest autorytatywne podejmowanie decyzji marketingowych, często właśnie upór i autorytaryzm stawały się źródłem sukcesu. Tak jak w przypadku chociażby Marlboro czy Cable News Network.
Gdy w 1955 r. agencja Leo Burnett przedstawiła Philipowi Morrisowi propozycje wizerunków reklamowych, ten bez namysłu wskazał postać kowboja zapalającego papierosa, choć nikt z jego otoczenia nie zwrócił nawet uwagi na poganiacza bydła. Wkrótce okazało się, że to właśnie ów poganiacz sprawił, że Marlboro znane dotychczas z produkcji papierosów dla kobiet przeistoczyło się w najbardziej męską wśród tytoniowych marek. Kowboj stał się synonimem marki.
W 1980 r. Ted Turner wiedziony instynktem — wbrew wszelkim radom i sugestiom, płynącym z przeprowadzonych wcześniej analiz rynku — założył Cable News Network. Nikt prócz niego nie wierzył, że kanał nadający przez 24 godziny na dobę wyłącznie wiadomości przetrwa choćby tydzień. Dziś Turner jest jednym z najbogatszych ludzi świata.
— Większość decyzji biznesowych podejmowana jest intuicyjnie. Dotyczy to głównie raczkujących biznesów. Na tym etapie zarządzanie musi być oparte na intuicji, obserwacji otoczenia, na przypadku. Zarządzanie przez duże Z pojawia się z chwilą, gdy firma stanie na nogi, okrzepnie — twierdzi Janusz Filipiak.
Mimo to doprowadza swoich doradców do palpitacji serca, bo wiele decyzji podejmuje intuicyjnie.
— Pod koniec tego roku chcę zatrudnić w niemieckiej filii Comarchu ponad 100 pracowników. Wszyscy mi to odradzają, pukają się w czoło. Intuicja podpowiada mi jednak, że to konieczne dla dalszego rozwoju firmy. I zrobię to — przekonuje prezes.
Zresztą, ci doradcy! Gdyby Jerzy Starak słuchał ich, a nie własnej intuicji, pewnie skończyłby marnie...
W lot decyzja
Kiedy pod koniec lat 80. do Comindeksu zapukali Amerykanie z Colgate-Palmolive z propozycją współpracy, wspólnicy Staraka odprawili ich z kwitkiem. Starak, który akurat bawił w Ameryce, na wieść o tym, wskoczył do samolotu i po kilkunastu godzinach dopadł zaskoczonych Amerykanów w warszawskim hotelu Marriott. Dobili targu. Starak produkował potem kosmetyki Colgate i wprowadził na polski rynek kilka innych zachodnich firm. Jego majątek szacuje się aktualnie na 1,1 mld złotych.
Nie inaczej było w przypadku Expandera, a później Open Finance.
— Internetowy Expander to była porażka. Wierzyliśmy jednak, że klienci potrzebują doradców finansowych, ale nie przez internet. W 2001 r. otworzyliśmy sieć oddziałów i dystrybucji — ruszyliśmy do przodu. O tym, że był to sukces, przekonaliśmy się dopiero po roku. Początki były bardzo trudne. Pierwszy miesiąc i tylko dwóch klientów, do tego prezesów banków, którzy przyszli z ciekawości. Ludzie byli nieufni, podejrzliwi — jak to, doradzacie za darmo? Może to jakaś ukryta piramidka finansowa albo system argentyński? — opowiada Jarosław Augustyniak, jeden z trzech twórców Expandera i Open Finance, obecnie prezes Noble Bank.
Intuicja to cecha wrodzona. Ci, którzy ją mają — mogą mówić o farcie. A ci, którzy nie? Dla nich ratunkiem może być np. żona. Wiadomo, kobieca intuicja jest jak paliwo rakietowe.
Kto wie, jak potoczyłyby się losy wytwórni Walta Disneya, gdyby ten nie posłuchał w 1928 r. rady swojej żony Lillian i nie nazwał myszatej bohaterki swoich kreskówek Mickey, lecz tak jak zamierzał — idąc za radą rzeszy ekspertów i doradców — Mortimer.
I czy nadal istniałby warsztat samochodowy Bogdana Foty w Gdyni, gdyby nie „trucie” żony.
Szkic wizji
— To był rok bodajże 1990. Wracaliśmy z żoną z wakacji w Hiszpanii. Po drodze postanowiliśmy odwiedzić jednego z dostawców części do mojego warsztatu. Przy kawie zaproponował, żeby zająć się ich dystrybucją w Polsce. Mnie nie przekonał, jakoś nie czułem, żeby to wypaliło. Za to moja żona wyczuła interes... Całą drogę powrotną, bite 8 godzin, przekonywała mnie, że to świetny pomysł. Miałem dosyć, więc się zgodziłem. I całe szczęście, bo gdyby nie intuicja żony, pewnie dalej tkwiłbym w kanale — śmieje się Bogdan Fota.
Fota SA notowana jest na GPW i planuje ekspansję za granicę.
— Każde przedsięwzięcie opiera się albo na intuicji, albo na wyczuciu. To jest ta zdolność, ten talent dany ludziom, którzy potrafią robić biznes. W państwach wysoko rozwiniętych tylko 12-13 proc. populacji jest w stanie wykreować średni i duży biznes. To jest dar unikalny — twierdzi Niemczycki, którego intuicja też nie zawiodła.
Pierwszy w kraju biurowiec klasy A — Curtis Plaza — budował w polskiej dolinie krzemowej, w której powstawały tranzystory większe niż radia z Hongkongu.
— Krzyczano, że rozbijam polską dolinę krzemową. Ale ja, oczyma wyobraźni, widziałem, co tam będzie za kilkanaście lat. Wtedy, w 1990 r. zrobiłem sobie nawet taki szkic, który mam do dzisiaj. To była moja wizja: biznespark z apartamentowcami i wielkim centrum handlowym. Ludzie patrząc na niego pukali się w czoło — wokół hale, magazyny, szarość, brud i smutek, a tu facet chce budować biurowiec... Trzeba mieć wizję i odwagę trwania przy niej, nierzadko wbrew opinii innych. To cechuje prekursorów biznesu — twierdzi Zbigniew Niemczycki.
Licz na siebie...
Spryt nie jest może cechą, z którą każdy menedżer chciałby być utożsamiany. Sprytny jest cwaniak, a za takiego nikt nie chce uchodzić. Czasem jednak...
Po tym, jak w 1927 r. bracia Warner wyprodukowali pierwszy film dźwiękowy, zaczęły powstawać inne tego typu. Studia Warner Brothers, podobnie jak konkurencji, nie były dźwiękoszczelne — praca nad filmem zabierała masę czasu. Trudno teraz powiedzieć, który z braci wpadł na pomysł kręcenia filmów nocą, gdy panowała niczym niezmącona cisza...
Gdyby Leszek Czarnecki, jeszcze jako student i zarazem młody biznesmen, zarabiający na robotach podwodnych, trzymał się z dala od słupków — zawierząjąc swojej księgowej — zapewne dzisiaj nie marzyłby o lotach w kosmos. Pewnego dnia policzył, ile kosztuje go leasingowany samochód i postanowił się zająć leasingiem. W 1991 r. założył Europejski Fundusz Leasingowy, który wkrótce stał się liderem tej branży. Notabene, kilkanaście lat później Czarnecki sprzedał akcje EFL francuskiemu bankowi Crédit Agricole za 900 mln zł. Sprytne?
Widzieć a zobaczyć
Można mieć kobiecą intuicję, szczęście głupiego i spryt lisa, ale gdy jest się ślepym na potrzeby klientów — wcześniej czy później bieda zajrzy w oczy.
Rodzina Wilsonów z Memfis często spędzała wakacje jeżdżąc po kraju i odwiedzając różne ciekawe miejsca. Problemem były noclegi. Choć większych lub mniejszych moteli działało wówczas w Stanach bez liku — przeważnie były zbyt drogie albo niechlujne. Tych, które mogły stanowić choćby namiastkę domu — trzeba by dobrze poszukać. Kemmons Wilson postanowił więc otworzyć własny, niewielki hotel. Pierwszy Holiday Inn przyjął gości w Memfis w 1952 r.
Młody programista Łukasz Foltyn całymi dniami rozmawiał za pośrednictwem komunikatora internetowego ICQ. Zagranicznego.
— Pewnego dnia wpadł mi do głowy pomysł: skoro miliony ludzi na świecie korzystają z tak prostego programu, to dlaczego nie stworzyć polskiego komunikatora — dodaje Foltyn.
I tak powstało Gadu-Gadu, z którego korzysta już ponad 6 mln osób. Foltyn zaś — po sprzedaniu go — stał się bogaty. Na tyle, że zaczął grać na giełdzie...
A Grzegorz Esz, twórca marki Heyah? Pewnie długo jeszcze płacilibyśmy krociowe rachunki za telefon, gdyby nie jego spostrzegawczość. Dostrzegł to, czego nie widziała konkurencja: siłę pre paidu i młodzież, która z definicji jest w wiecznym „dołku finansowym”. Efekt? Rok po wprowadzeniu marki na rynek, PTC miało już 1 mln nowych klientów... Konkurencja skapitulowała.
Smak ryzyka?
Praktycznie większość polskich biznesmenów to farciarze. Bo albo odpowiednio wcześnie dostrzegli pożytek z rozkładanego łóżka polowego, albo cało przedarli się przez ordynację podatkową. Albo na czas wyjechali za granicę... Ale żarty na bok, gdy mowa o pieniądzach. Mimo że w świecie finansów nie jest to najlepsza wizytówka — twórców Expandera i Open Finance śmiało można nazwać farciarzami.
— Fakt, mieliśmy szczęście, że nie zaczęliśmy działać za wcześnie. Z siecią Expandera wbiliśmy się dokładnie w sam początek boomu na kredyty hipoteczne. Gdyby nastąpił pół roku później, padlibyśmy z wycieńczenia. Mieliśmy szczęście, że zaczęliśmy działać wcześniej — twierdzi Maurycy Kuhn, współtwórca Open Finance, członek zarządu Noble Bank.
— Zakładając firmę nie mieliśmy pojęcia czy uda nam się zrobić to, co zaplanowaliśmy. Wiedzieliśmy jedynie, że model doradztwa finansowego z powodzeniem funkcjonuje w innych krajach i że Polska spełniała przesłanki pozwalające na wprowadzenie tego modelu na naszym rynku. Ale wiedzieliśmy też, że większość biznesów po prostu nie wychodzi. Mieliśmy bardzo dużo szczęścia! A wiedza? Wiedza bez umiejętności operacyjnych to za mało do prowadzenia biznesu — mówi Krzysztof Spyra, współtwórca Open Finance, członek zarządu Noble Banku.
Powstanie Expandera zapoczątkowało w Polsce rynek osobistego doradztwa finansowego. Po sprzedaniu go GE Bankowi, twórcy serwisu otworzyli Open Finance.
— Znajomi przekonywali: macie pewny interes, pewne pieniądze, po co ryzykujecie, po co rzucacie się z motyką na słońce? Nawet ludzie z GE mówili, że oszaleliśmy. Fakt, to było ryzyko, tym bardziej że zainwestowaliśmy w Open Finance wszystkie nasze pieniądze. Ale przecież bez ryzyka nie ma zysków. Jeżeli nie lubi się ryzyka, lepiej nie brać się do biznesu. Trzeba mieć w sobie żyłkę awanturnika — twierdzi Kuhn.
Mimo że nadal zamierzali zarabiać na hipotekach, pieniądze zrobili zupełnie na czymś innym, czymś, co wówczas było zupełnie nieznane — na usługach finansowych. Nie spodziewali się, że będzie to strzał w dziesiątkę.
W parze ze szczęściem
Zbigniew Niemczycki twierdzi, że intuicja rzadko go zawodzi. Wystarczy jednak, że raz nie dopisze szczęście, zabraknie sprytu, a wtedy wszystkie te historie o „przypadkowych” fortunach stają się złą bajką. Przekonał się o tym chociażby Janusz Palikot. Intuicja zawiodła go raz, i od razu na 20 baniek! Pech? Mimo że fachowcy, w tym sam Adam Michnik, odradzali mu inwestycje w „Ozon”, Palikot wszedł w obcą dla siebie branżę. Tygodnik zbankrutował.
Biznes można wymyślić intuicyjnie, przypadkowo, ale poprowadzenie go wymaga wiedzy. Wiele firm przecież upadło, bo dopadł je pech czy nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Bo intuicja, przypadek, fart są jak klejnoty na kobiecie — jedynie czynią ją piękniejszą. Nie piękną.
