Toreadorzy, profesorzy i bezruch

Karol Jedliński
opublikowano: 2006-12-11 00:00

Dziesiątki obietnic polityków, dziesiątki postulatów przedsiębiorców. Jedni rozdają i łatają dziurę w budżecie, drudzy kombinują, jak nie dać się oskubać i jeszcze coś zarobić.

W ubiegłym roku, jeszcze przed wyborami parlamentarnymi i prezydenckimi, „Puls Biznesu” zainicjował akcję „Przedsiębiorcy 2005”. Na okładce logotyp przypominający logo Solidarności. Pod spodem — 21 postulatów stworzonych przez ludzi biznesu. Zaliczono do nich m.in. zrównoważenie finansów publicznych, zmianę systemu ubezpieczeń społecznych czy uproszczenie systemu podatkowego. Rok minął, postulaty pozostały w większości aktualne. Zgodnie z hasłem, że papier zniesie wszystko. Ale przeszkód w prowadzeniu biznesu przybyło. Cieszy więc to, że mimo bezruchu polityków w sferze gospodarczej grono tegorocznych Gazel Biznesu jest większe o 10 proc. w porównaniu z zestawieniem AD 2005. Polscy przedsiębiorcy potwierdzają tym samym słuszność propagandowego hasła, ukutego jeszcze w PRL, że Polak potrafi.

— Nie dane jest nam funkcjonować w jasnych i stabilnych przepisach gospodarczych. Kiedy tylko biznes znajdzie sposób na korzystną dla siebie interpretację prawa, nadchodzą zmiany, które narzucają kolejne obciążenia — uważa Andrzej Ciepiela, dyrektor zrzeszenia branżowego Polska Unia Dystrybutorów Stali.

Zjawiska paranormalne

Branża, w jakiej działa ten biznesmen, przeżywa akurat wyjątkową hossę. Na co więc tu narzekać? Lista, jak się okazuje, jest długa. Wysokie koszty zatrudnienia (nr 3 na liście postulatów „PB”) będą jeszcze wyższe. Rosną podatki pośrednie, nazwane parapodatkami. Nie są to niestety w Polsce zjawiska paranormalne, toteż nikogo nie dziwi wyższa akcyza czy kolejne świadczenia na rzecz ZUS. Wraz z nowym rokiem zostanie przymknięta furtka umożliwiająca choć częściowe zminimalizowanie fiskalnych obciążeń, czyli tzw. samozatrudnienie. Już kombinuje się, jak ją obejść. Bo Polak potrafi.

— To była patologia, głównie z punktu widzenia dziury w budżecie. Ograniczała jego dochody, a przecież wydatki socjalne rosną, więc trzeba je czymś pokryć — podkreśla Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha.

Największym zarzutem wobec polityków jest to, że ich wyborcze hasła, po dojściu do władzy, zamieniają się w ekonomiczny bezruch. Albo co gorsza, populizm. Wyszukiwarka internetowa Google wyświetla ponad sto tysięcy stron, na których znajdziemy hasło „obietnice wyborcze”. Kiedy w Google wpiszemy „zrealizowane obietnice wyborcze”, pojawi się tylko 11,5 tys. stron, z czego większość i tak zawiera spis niezrealizowanych obietnic.

— Umiesz liczyć, licz na siebie — to powinno być credo naszych biznesmenów — uważa Marek Rogalski, główny analityk DM TMS Brokers.

Tanie podrożało

Na opakowaniu pewnego jogurtu poziomkowego od dwóch lat widnieje napis: „Nowy smak!”. Skoro na takie praktyki może sobie pozwolić koncern, którego produkt ma codzienny kontakt z konsumentem, to co mają zrobić politycy, którzy z ludźmi konfrontowani są głównie przy okazji wyborów? Choćby obiecać gruszki na wierzbie, które już za rządów SLD nie chciały wyrosnąć. W zeszłym roku przedsiębiorcy tuż po wyborach cieszyli się, że wreszcie nadejdą czasy rządzenia pragmatycznego, z ekonomią na pierwszym planie. Nikt nawet nie oczekiwał trzech milionów mieszkań, o stu milionach złotych od Lecha Wałęsy też już dawno zapomniano.

— I tak tanie państwo stało się droższym państwem — zaznacza Marek Rogalski.

I dodaje, że wobec dynamicznie rozwijającej się globalnej gospodarki, grzech zaniechania kosztuje podwójnie. Tym bardziej że dane makroekonomiczne są bardzo dobre. Rośnie eksport, produkcja, spada bezrobocie, PKB jest wyraźnie na plusie, złotówka konsekwentnie się umacnia, a indeks giełdowy mierzy w kolejne rekordy. Jednak zdaniem ekonomistów, dobra ogólna sytuacja maskuje to, co się dzieje na niższych szczeblach. A to właśnie czas gospodarczej hossy jest świetną okazją do prawie bezbolesnych reform finansów publicznych.

Zamknięte okienko

Tak też zapewne kalkulowało Prawo i Sprawiedliwość, obiecując w swoim przedwyborczym programie m.in.: stworzenie ulgi w CIT na tworzenie nowych miejsc pracy czy obniżenie do 18 procent stawki podatkowej dla osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą. Partia braci Kaczyńskich zaproponowała też, aby każdy przedsiębiorca, tworząc jedno nowe miejsce pracy, otrzymywał przez 2 lata w formie potrącenia od podatku CIT comiesięcznie kwotę 1000 zł. Rok minął i nic.

— Mają alibi w postaci koalicjantów — mówi Andrzej Ciepiela.

Jednak ani obecny, ani poprzedni rząd nie mają żadnego wytłumaczenia np. wobec opóźnienia wejścia w życie uproszczonej procedury rejestracji działalności gospodarczej. Odpowiednią ustawę uchwalono już w 2004 r. „Jedno okienko” przy zakładaniu firm miało obowiązywać od początku 2007 r. Miało, bo przesunięto ten termin na październik 2008 r.

— Skoro tak błaha rzecz, a tak korzystna dla rządu z punktu widzenia politycznego PR, nie zostaje zrealizowana, to jak można oczekiwać strukturalnych zmian w podejściu do prywatnego sektora w Polsce? — pyta retorycznie Andrzej Ciepiela.

Porażka na tym polu dziwi tym bardziej, że według wyliczeń Ministerstwa Finansów „jedno okienko” przyniosłoby oszczędności rzędu 15 mln zł rocznie.

Słowa, nie czyny

„Ustanowimy standardy pracy w administracji publicznej. Uporządkujemy w niej system wynagrodzeń. Wprowadzimy nowoczesne metody zarządzania. Zwiększymy w ten sposób efektywność i podwyższymy jakość pracy administracji” — te trzy zdania (pochodzące z programu PiS) jak ulał pasują do retoryki wszystkich liczących się partii w Polsce. Dla jednych to kiełbasa wyborcza, dla innych zaklinanie rzeczywistości. Efekty?

— Skostniali urzędnicy to dla biznesmenów ludzie z innej planety. Taka np. nadgorliwość i skrupulatność przy przyznawaniu pomocy unijnej. Jej uzyskanie zamienia się w walkę z gąszczem przepisów i górą papierów — przekonuje Andrzej Ciepiela.

Programy, plany rządzenia, konstytucje wszystkich największych partii nie zmieściłyby się w jednym opasłym tomie. W sumie liczą sobie ponad pół tysiąca stron. Platforma Obywatelska przygotowała nawet szczegółowy, prawie 300–stronicowy „Plan rządzenia na lata 2005-2009”. Trzecią jego część zajmują kwestie ekonomiczne. Z kolei Jarosław Kaczyński w swoim exposé aż dziewięć minut poświęcił na sprawy związane z gospodarką.

— Reforma finansów to kolejna ważna sprawa dla rządu. To właściwie dwie reformy. Jeszcze w tym roku (...) konsolidacja wydatków publicznych, nowa ustawa o finansach publicznych — mówił z trybuny sejmowej premier.

Niezależnie od przyczyn, rozliczenie tych słów jest jednoznaczne. W tym roku żadne z wymienionych w wystąpieniu premiera działań nie ma szansy stać się faktem. Tylko słowami pozostanie też zapewne elaborat PO.

Żegluga po rafie

Znaczenia bardziej realnego nabrały chyba co najwyżej dwa zwroty: kotwica i rafa.

— Trzymam wydatki w ryzach, trzymam się kotwicy budżetowej, ograniczam deficyt do 30 mld zł — zaznaczała Zyta Gilowska, wicepremier i minister finansów.

A rafa?

— Pierwszym rozwiązaniem, jakie wprowadzi rząd Leppera, będzie zagwarantowanie wszystkim obywatelom RP, którzy nie z własnej winy nie mogą podjąć pracy, wypłaty zasiłków dla bezrobotnych na poziomie minimum socjalnego — grzmiała Samoobrona. I nazwała to rafą Leppera. Gdyby więc wprowadzić oba rozwiązania, to trzeba by pewnie zarzucić kotwicę na rafie. Tylko po co, skoro przedsiębiorcom potrzeba wiatru w żagle?

— Państwo może się zadłużać z łatwością, ale te długi spłacą przede wszystkim przedsiębiorcy w postaci wyższych obciążeń fiskalnych — zaznacza Robert Gwiazdowski.

Jego zdaniem, niższe i prostsze podatki nie musiałyby oznaczać spadku dochodów budżetu. Wręcz przeciwnie, wiele osób, firm wyszłoby z cienia szarej strefy i spadłoby bezrobocie.

— Żartuję sobie, że w Polsce jest trzy miliony bezrobotnych toreadorów, bo kiedy szukam ludzi do pracy, to nikt się nie zgłasza — podkreśla Andrzej Ciepiela.

Prezydent Centrum im. Adama Smitha nie pochwala jednak niektórych rozwiązań, które jako hasła wyglądają efektownie. W zbliżeniu jednak okazują się po prostu receptą na parawan przysłaniający prawdziwe korzenie problemu.

Potencjał bez dramatów

Tak jest na przykład z pomysłem, aby urzędnicy ponosili odpowiedzialność, również finansową, swoich decyzji.

— Prawdziwym problemem jest fatalny, skomplikowany system podatkowy, w którym nawet urzędnicy się gubią. To leczenie patologii patologią — uważa Robert Gwiazdowski.

Zdaniem Marka Rogalskiego, to właśnie w administracji jest największy potencjał do ewentualnych cięć. Armię urzędników można by zmniejszyć, a oszczędzić podwyżek podatków. Jednak wciąż łatwiej pokrywać długi przez podniesienie np. składki ZUS niż poważnie przewietrzyć biurokrację. To pierwsze rozwiązanie jest przecież prostsze.

— To zadziwiające, że u władzy jest tak mało ludzi, którzy znają się na biznesie, mają doświadczenie w tej dziedzinie. Przecież obecnie politykę, także tą globalną, prowadzi się instrumentami ekonomicznymi — zaznacza Andrzej Ciepiela.

I dorzuca kolejny bon mot, tym razem zasłyszany w Niemczech: Stu profesorów u władzy i kraj przepadł. Na szczęście, w polskim rządzie jest ich jedynie kilku. Analitycy i przedsiębiorcy zgadzają się, że nie ma co dramatyzować. Choć dług publiczny na osobę wynosi ponad 13 tys. zł, to z dnia na dzień nie trzeba go będzie przecież spłacać. A powolne zbliżanie się do strefy euro stabilizuje złotego. Gospodarka pędzi do przodu.

— Podstawowe „ale” to fakt, że być może właśnie marnotrawiona jest szansa na zmiany, które na trwałe wzmocniłyby polską przedsiębiorczość — uważa Marek Rogalski.

Dyrektor Polskiej Unii Dystrybutorów Stali martwi się:

— Jak tak dalej pójdzie, nasi biznesmeni zaczną rejestrować firmy za granicą.

Może trochę to opinia na wyrost. Choć przecież Polak potrafi. Niech więc lepiej udowadnia to w Polsce.

Giełda czuje koniunkturę, ale potrzebuje wsparcia

Polityka gospodarcza ma wpływ na kondycję GPW. Rynek giełdowy rozwija się bardzo dobrze, ale tempo wzrostu może być różne i zależy ono od konkretnych kroków w sferze polityki gospodarczej. Źródło rozwoju przedsiębiorczości, a tym samym zwiększania dopływu nowych przedsiębiorstw na rynek zależy na przykład od polityki podatkowej. Niekoniecznie nawet dotyczącej bezpośrednio przedsiębiorców, może ona posługiwać się instrumentami przeznaczonymi dla inwestorów. Uważam, że w przypadku GPW czekają nas przynajmniej 2 lata rozwoju i, jeżeli giełda jest jednym ze wskaźników dobrej koniunktury w Polsce, co najmniej tyle czasu mają rządzący, by rozwiązać najbardziej palące problemy w polityce gospodarczej Polski.

Państwo może tworzyć instrumenty podatkowe zachęcające do finansowania rozwoju spółek poprzez giełdę. Zatem prorozwojowa polityka gospodarcza, prorozwojowa polityka regulacyjna to są sprawy kluczowe. Dobrze oceniam naszą współpracę w tym względzie np. z Ministerstwem Finansów, przy którym powołano ostatnio Radę Rozwoju Rynku Finansowego i Komisję Nadzoru Finansowego.

Ludwik Sobolewski

prezes Giełdy Papierów Wartościowych

Organizator

Puls Biznesu

Autor rankingu

Coface

Partner strategiczny

Alior

Partnerzy

GPW Orlen Targi Kielce Energa Obrót