Torebka to dzieło sztuki

Patrycja Pustkowiak
opublikowano: 2021-06-18 14:15

Patryk i Monika Łobosowie, założyciele firmy Lobos, to nie para, lecz rodzeństwo. Tak ze sobą zżyte, że postanowiło połączyć siły i otworzyć własny biznes – projektowanie i sprzedaż torebek, które mogłyby konkurować z włoskimi modelami znanych marek i tak jak one podbić świat.

Wszystko zaczęło się w Krakowie, ich rodzinnym mieście. Patryk Łobos studiował finanse na Akademii Ekonomicznej, a jego siostra architekturę wnętrz na ASP i modę w Szkole Artystycznego Projektowania Ubioru. Pierwszy na pomysł dokonania w życiu ważnych zmian wpadł Patryk – postanowił, że potrzebuje przerwy i wyjechał do Mediolanu studiować zarządzanie modą luksusową. Przekonał siostrę, by poszła w jego ślady. Zawsze się świetnie dogadywali, więc oboje na kilka lat porzucili Kraków. W Mediolanie studiowali w Instituto Marangoni i Instituto Secoli.

– Zawsze uwielbialiśmy Włochy, ten klimat, jedzenie, język. Wiedzieliśmy, że jeśli wyjeżdżać za granicę, to tylko tam – przyznaje Monika Łobos.

Pierwsze były płaszcze

Kreatywne rodzeństwo:
Kreatywne rodzeństwo:
Kiedy w 2018 r. Monika i Patryk Łobosowie zaczynali swój biznes, modne były torebki minimalistyczne. Oni jednak chcieli robić coś bardziej artystycznego, czego nie było jeszcze na rynku. Przyświecało im hasło: „Jedna torebka – dwa style”, zgodnie z którym klasyczną torebkę można szybko zmienić w dzieło sztuki.
materiały prasowe

Zastanawiali się, czy zostać w Mediolanie dłużej, ale kiedy szukali pracy w branży haute couture, okazało się, że wszystkie firmy mają siedziby w małych miasteczkach, a tam nie chcieli mieszkać. Zapadła więc decyzja, że wracają do Polski, ale swoich ambicji zawodowych nie porzucają. Monika Łobos przez chwilę pracowała w Femestage Ewy Minge w Gdańsku, jednak tak naprawdę rodzeństwo chciało znów zamieszkać w Krakowie i rozkręcić tam własną markę modową. Odważyło się w 2018 r.

– Zaczęliśmy od płaszczy. Żeby odróżnić je od innych, postanowiliśmy, że będą modułowe – np. z odpinanymi kieszeniami. Kiedy urządziliśmy pokaz, okazało się, że publiczność zwraca uwagę na skórzane kieszenie. Wiele osób pytało, czy można je odpiąć i nosić jako torebki. Wtedy pomyśleliśmy, że może w ogóle powinniśmy się zająć produkcją torebek – wspomina współwłaścicielka firmy.

Jej brat dodaje, że płaszcze były za drogie w produkcji i promocji – trudno było ciąć koszty. W toku burzliwych narad postanowili: torebki to lepszy, bardziej rokujący pomysł. Koncept trzeba było jednak jeszcze sprecyzować.

– Kiedy zaczynaliśmy w 2018 r., modne były torebki Zofii Chylak. Dosyć minimalistyczne, z wężowej skóry. My chcieliśmy robić coś innego, bardziej artystycznego, kolorowego. Coś, czego nie było jeszcze na rynku. Przyświecało nam hasło: „Jedna torebka – dwa style”, zgodnie z którym klasyczną torebkę można szybko zmienić w dzieło sztuki – mówi Monika Łobos.

Liczy się jakość

Jakość kosztuje:
Jakość kosztuje:
Torebki marki Lobos nie są najtańsze, ponieważ właściciele firmy sprowadzają materiały z Włoch, co zwiększa koszty produkcji.
materiały prasowe

Pierwsze projekty robiła w krakowskim domu rodziców, nad garażem, gdzie – jak przyznaje ze śmiechem – do dziś pracuje nad prototypami. Z każdym tygodniem sprawa nabierała rumieńców. Zależało im na materiałach wysokiej jakości, dlatego zaczęli sprowadzać je z Włoch, które słyną też z transparentności produkcji. Nawiązywanie kontaktów z Włochami nie nastręczało im trudności – dobrze znają język włoski, a pobyt w Mediolanie zaowocował kontaktami w branży. Torebki produkują natomiast na miejscu, w Polsce, w zakładzie z niemal 40-letnią tradycją, który przykłada dużą wagę do detali.

Przyznają, że na początku popełnili kilka błędów. Na przykład postanowili skupić się na sprzedaży hurtowej, ale to był chybiony pomysł dla młodej marki.

– Jest ich teraz ogrom i trudno wypromować nową. A to podstawa, dopiero potem można skupić się na hurtowej sprzedaży – twierdzi Patryk Łobos.

Kolejne kłody pod nogi rzuciła im pandemia. Pokrzyżowała plany szybkiego rozpoczęcia sprzedaży stacjonarnej w nowym butiku w warszawskiej Elektrowni Powiśle. Za to rozwinęli sprzedaż online, która okazała się strzałem w dziesiątkę.

– Dzięki temu w 2020 r. osiągnęliśmy znacznie większe zyski. Sprzedaż w sieci wzrosła o 30 proc. w porównaniu do 2019 r. – twierdzi Patryk Łobos.

Spodziewają się, że ten rok będzie dla nich jeszcze korzystniejszy, bo marka staje się coraz bardziej rozpoznawalna w Polsce i z miesiąca na miesiąc przybywa im klientów.

Ich torebki nie są najtańsze, ale właściciele firmy tłumaczą, że stawiają na jakość, a ona musi kosztować.

– Sprowadzamy materiały z Włoch, co zwiększa koszty produkcji. Na przykład zwykły karabińczyk chińskiej produkcji można kupić za 2-3 złote, tymczasem wyprodukowany we Włoszech kosztuje około 7 euro. Jak się można domyślić, to potem wpływa na koszt torebki – wskazuje Monika Łobos.

W butiku i na Instagramie

Moc detali:
Moc detali:
Torebki Lobos powstają w Polsce. Patryk i Monika Łobosowie współpracują z wyspecjalizowanym zakładem z 37-letnią tradycją, który przykłada wielką wagę do detali.
materiały prasowe

Duże nadzieje wiążą z własnym butikiem w Elektrowni Powiśle.

– To zupełnie inaczej oddziałuje na markę. Teraz każdy może do nas przyjść, porozmawiać, dotknąć torebek,. Dowiedzieć się, jaki mamy styl, gdzie produkujemy itd. – mówi Patryk Lobos.

To ważne także dlatego, że – jak wskazują dane ze sprzedaży wysyłkowej – większość ich klientów to Polacy (choć pojawia się coraz więcej kupujących z zagranicy, m.in. z Wielkiej Brytanii i USA). Strzałem w dziesiątkę jest też obecność Lobos na Instagramie – tam można się zapisać na torebki, które, jak twierdzi Monika Łobos, często rozchodzą się na pniu.

Wierzą w media społecznościowe, marketing szeptany, influencerów, którzy naprawdę przekonają się do marki.

– Każda współpraca jest wartościowa i coś wnosi, wpływa na znajomość naszej marki. Ale też tę dotyczącą tego, czym może być torebka. Na przykład od dawna próbuję przekonać polskie kobiety, że beżowy jest tak samo uniwersalny jak czarny – śmieje się bizneswoman.

Marka Lobos traktuje torebki jak małe dzieła sztuki, dlatego dla jej założycieli szczególnie ważna była współpraca z artystami, którzy mogliby dodać torebkom oryginalności. Wspominają, że dużo dała im współpraca z rysowniczką Anną Halarewicz, którą rozpoczęli w zeszłym roku.

– Potraktowała torebki jak płótno i odręcznie je pomalowała. To była jednorazowa akcja, tych rzeczy nie można było kupić w regularnej kolekcji. Ci, którzy je mają, są posiadaczami wyjątkowych egzemplarzy – podkreśla Patryk Łobos.

Założyciele marki chcą rozkręcić butik w Elektrowni Powiśle, zorganizować kilka imprez promujących Lobos i ruszyć na podbój rynków zagranicznych. Ze ścisłym planem – najpierw zamierzają się zająć nieśmiałym rozpoznaniem, a potem wybrać kilka krajów, które najlepiej zareagują na ich marketing, i dotrzeć tam swoimi kanałami. Po to, by torebki Lobos można było nosić na zmianę z tymi od Prady czy MaxMary.