Trybunał trzeba odciąć od partii

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2013-07-11 00:00

Jednym z podmiotów, którym Konstytucja RP przyznała inicjatywę ustawodawczą, jest głowa państwa.

Kolejni prezydenci swojego uprawnienia jednak nie nadużywają. Poza tym tak naprawdę liczy się, jaki odsetek takich inicjatyw przechodzi całą ścieżkę legislacyjną i na końcu wraca do prezydenckiego podpisu. Historia III RP uczy, że politycznym warunkiem koniecznym uchwalenia ustawy jest wyrastanie danego prezydenta oraz danej większości parlamentarnej z jednego pnia. Inaczej projekty zaliczają tylko pierwsze czytanie i utykają w komisjach, a z końcem kadencji parlamentu lądują w koszu.

To przypomnienie realiów jest konieczne dla skomentowania najnowszych inicjatyw Bronisława Komorowskiego. Wczoraj prezydent zgłosił pakiet trzech projektów ustaw sądowych. Polityczny warunek konieczny ma załatwiony, zatem ustawy mają pomyślne rokowania. Notabene prezydent odnotował już osiągnięcia prawodawcze — w tym roku została uchwalona i weszła w życie „jego” jednozdaniowa nowelizacja ustawy o modernizacji technicznej i finansowaniu sił zbrojnych. Rok temu zaś przy ogólnej zgodzie posłów i senatorów uchwalono obowiązek umieszczania orzełka na strojach sportowych reprezentacji.

W sądowym pakiecie największe znaczenie praktyczne dla przedsiębiorców mają propozycje usprawnienia postępowań przed sądami administracyjnymi. Ale generalnie najważniejszy jest projekt ustawy o Trybunale Konstytucyjnym (TK). Ze względu na liczbę zmian to nie nowelizacja, lecz formalnie nowa ustawa. Jednym z jej celów jest skrócenie czasu rozpatrywania spraw, obecna średnia to… 19 miesięcy. Dlatego np. niepodpisanie przez prezydenta jakiejś ustawy i prewencyjne posłanie jej do zbadania przez TK realnie oznacza przyblokowanie jej na rok albo dłużej, abstrahując nawet od końcowego orzeczenia.

W gęstwinie przepisów proceduralnych umieszczony został jeden, który już szokuje klasę polityczną. Otóż prezydent proponuje czteroletnią karencję dla możliwości ubiegania się o urząd sędziego TK przez parlamentarzystów i osoby zajmujące kierownicze stanowiska państwowe. Powoływanie sędziów TK od początku obarczone jest politycznym balastem. Partie akurat rządzące w Sejmie zawsze forsują prawników ze swojego kręgu ideowego. Dlatego przy rozkładzie głosowania TK w jakiejś ważnej sprawie wystarczy spojrzeć, kiedy i przez którą ekipę zostali powołani sędziowie zgłaszający tzw. zdania odrębne — ich „pochodzenie” odkrywa się bez pudła…

Zupełną paranoją jest jednak nagradzanie miejscami w TK polityków, byłych i jak najbardziej czynnych. Przypadkiem ekstremalnym stało się wyjęcie w 2006 r. Marka Kotlinowskiego, lidera Ligi Polskich Rodzin, do TK wprost z fotela wicemarszałka Sejmu. Akurat przypadał termin obsadzenia wolnego miejsca i Roman Giertych w pakiecie koalicyjnym wywalczył u Jarosława Kaczyńskiego tę nominację. Pomysł prezydenta wykluczenia takiego procederu jest zaledwie tycim kroczkiem, ustawa powinna w ogóle zakazać zasiadania w TK wszelkim politykom — posłom, senatorom, ministrom i wiceministrom. Ale obstawiam, że w komisjach sejmowych nawet taki połowiczny przepis przepadnie…