TRZEBA KREOWAĆ SZLACHETNY SNOBIZM

Renata Zawadzka
07-05-1999, 00:00

TRZEBA KREOWAĆ SZLACHETNY SNOBIZM

Zdaniem Andrzeja Bertrandta, artysty malarza, biznes i sztuka mogą we współdziałaniu generować wzajemne korzyści. Artysta przestrzega przed odgradzaniem się świata pieniądza od świata doznań estetycznych i uczuciowych. Jego dzieła zdobią ściany w prywatnych domach i firmach w wielu krajach świata.

„Puls Biznesu”: W pierwszych latach procesu transformacji zainteresowanie sztuką osłabło. Dziś ludzie biznesu, zaczynają dostrzegać jej znaczenie. Jak Pan ocenia to zjawisko?

Andrzej Bertrandt: Na początku sprawą najważniejszą było nakręcenie machiny. Pierwsze pieniądze poszły na budowanie gospodarki. Wchodzimy w następny etap. Biznesmeni to ludzie, na których się patrzy. Mogą być wzorcem do naśladowania. Ja rozumiem, że muszą inwestować, kupić sobie nowy dom i limuzynę pod kolor oczu żony, ale nie powinno w ich wizerunku zabraknąć tego, co jest dla człowieka naturalne — indywidualnych pasji, zainteresowań. Ci ludzie niejednokrotnie sami się niewolą. Muszą odpowiednie ręce ściskać, wybierać garnitur, krawat od Iksa, to a nie inne pole golfowe. To rodzi zagrożenie utraty indywidualności, a w skrajnym przypadku kontaktu ze światem spoza obszaru pieniądza. Tymczasem należy kreować szlachetny snobizm. Nie tworzyć obszarów zamkniętych — getta biznesu. Dla tych ludzi obcowanie ze sztuką, inwestowanie w nią to szansa, by do tego nie dopuścić. Zatrzymaj się, zobacz, że jest coś innego niż galop. Puls biznesu powinien oznaczać, że obcowanie ze sztuką też jest wtłoczone w krwiobieg.

— Niezależnie od korzyści płynących z obcowania ze sztuką, może ona być przecież dobrą inwestycją, po latach przynoszącą zyski.

— Dzieła sztuki bywają znakomitym towarem, którego ceny idą w górę szybciej niż papierów wartościowych. Bardzo poważne zachodnie koncerny, instytucje finansowe potrafią kupować po 40-50 prac tego samego autora, tworzyć całe galerie w przekonaniu, że jest to lokata kapitału. W Polsce nie budzi już zdumienia aukcja, na której sprzedaje się obraz za 600 tys. zł. Sztuka bywa jednak inwestycją niepewną. Jedno z niemieckich muzeów np. kupiło za dwa miliony marek dzieło współczesnego autora — wannę w specyficzny sposób pomalowaną. Rano przyszły sprzątaczki, wannę wypucowały — bo taka brudna, że aż wstyd. W pół godziny dzieło sztuki przestało istnieć. Najczęściej jednak przegapiamy niepowtarzalną okazję. Prace żyjącego malarza Roya Lichtensteina dziś osiągają cenę czterech mln dolarów za płótno. Gdyby jakaś firma 30 lat temu kupiła 50 jego obrazów, miałaby teraz majątek nie do pogardzenia. A proszę tylko pomyśleć, ile zarobiłby ktoś, kto zainwestowałby w dzieła van Gogha jeszcze za jego życia. Trudno przewidzieć losy artystów. Ludzkość poniosła z tego powodu niepowetowane straty. Nie każdy ma tak znakomitą intuicję i wiedzę, jak np. jeden ze znamienitszych marszandów Ambroise Vollard, który potrafił docenić wartość obrazów Picassa czy CezanneŐa. On wiedział, że to na co dziś nas stać, jutro może być bezcenne, bo dzieło sztuki jest unikatem.

— Pan jest w tym szczęśliwym położeniu, że żona zdecydowała się być pańskim marszandem. Czy to jednak oznacza, że wszystko jest proste?

Maria Nurzyńska-Bertrandt:

Proces twórczy jest czysty. Artysta nie myśli o cenie dzieła, o mecenacie, publiczności. Jest tylko wyobraźnia, kolor, technika. Natomiast promocja czy pokaz publiczny wymagają wielu zabiegów marketingowych i pieniędzy. Twórca nie powinien tym się trudzić. Szkoda jego sił i czasu. Zajmując się organizacją wystaw męża w Polsce i za granicą spotykam ludzi, którzy doskonale to rozumieją. Partycypują w kosztach, nie pytając o efekty finansowe. Pewnych rzeczy nie można bowiem zmierzyć wskaźnikami ekonomicznymi. One dotyczą sfery ducha. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że jest mi łatwiej niż wielu innym, ponieważ to, co tworzy Andrzej, ludziom się podoba. Ja nie chodzę i nie proszę o pieniądze, proponuję zaistnienie w kontakcie ze sztuką. Jestem szczęśliwa, jeśli czuję, że po drugiej stronie mam partnera z duszą mecenasa. Takie spotkania miałam np. w Deutsche Financial Service, Banku Handlowym w Warszawie, w firmie Kulczyk Holding czy Siemens. Wielkim przyjacielem artystów jest LOT. Ale warto też wspomnieć o szefie Bazyliszka, który ufundował tort na wernisaż wystawy w siedzibie Siemensa. Andrzej uznał, że na tę okazję najstosowniejszym napisem na torcie będą słowa Cicerona „Honos Alit Artes” — zaszczyty żywią sztukę.

— Zjawisko niegdyś nazywane mecenatem zastąpił sponsoring. Zmiana nastąpiła jednak nie tylko w nazwie. Jakie to ma znaczenie dla artysty?

Andrzej Bertrandt: Mecenas to protektor artystów, osoba dbająca o rozwój sztuki bezinteresownie. Bywają firmy, które są skłonne wspomagać twórcę, by czerpać satysfakcję z kontaktu ze sztuką i udostępniania jej szerokiej publiczności. Jednak najczęściej ci, którzy wykładają pieniądze, chcą mieć w zamian znak firmowy umieszczony na wystawie, zaproszeniach i w katalogu. Oczekują także oddźwięku w mediach. Taką postawę trudno utożsamiać z mecenatem, który artyście jest absolutnie niezbędny. Zdarzają się wprawdzie wystawy, po których 30-40 moich prac zmienia właściciela — bywa jednak, że czasem tylko pięć. Artysta nie tworzy dla samego siebie. Toteż uzyskane pieniądze, jak w każdym przedsięwzięciu w części przeznaczamy na inwestycje m.in. w organizację wystaw. Sumy uzyskane od donatorów zwykle nie wystarczają na pokrycie kosztów prezentacji. Wystawa 130 moich prac w salach BCC została skalkulowana przez jedną z galerii na 100 tys. zł. Na tę sumę złożyły się m.in. oprawa, druk i wysyłka zaproszeń, katalogów, transport, aranżacja ekspozycji, jej elementy techniczne, koszt wernisażu. Nie mieliśmy tyle pieniędzy. Jednak dzięki ludziom dobrej woli udało nam się wystawę zorganizować. Warto było. Obejrzało ją mnóstwo ludzi. Jeden z donatorów, firma Siemens, zaproponował, bym kolejną ekspozycję zrobił w jego siedzibie. I był to pomysł szczęśliwy. Kilka prac zakupiono. Trzy wyjechały już do Londynu i Nowego Jorku.

— Zdarzało się Panu pracować na indywidualne zamówienia zamożnych ludzi. Jak Pan wspomina ten specyficzny flirt sztuki z biznesem?

— Współpracowałem z dobrymi firmami specjalizującymi się w urządzaniu wnętrz Decorum i O&O European Design. Wykonywałem różnego rodzaju prace na ich zamówienie. Wraz z żoną, która jest nie tylko moim marszandem, ale też najlepszym asystentem, malowaliśmy również polichromie. Bywały to domy, na które wydano ogromne pieniądze: najdroższe podłogi, meble sprowadzone z całego świata i zdarzało się, że puste ściany. A przecież dzieło sztuki może generować ciepło. Ono nie tylko zdobi, ale wręcz emituje pozytywne promieniowanie. Jest więc ekranem energetycznym, pod jednym wszakże warunkiem, że jest to dzieło dobre. Toteż cieszę się, że indywidualni inwestorzy zakupują moje prace do swoich rezydencji. Ufam przy tym, że dla następnego pokolenia obcowanie ze sztuką będzie naturalną potrzebą, a obrazy staną się niezbędnym elementem wystroju wnętrza. Dziś już coraz rzadziej wykonuję tego rodzaju prace. Żyję przede wszystkim ze sztuki czystej.

— To może być trudne. Jak sam Pan powiedział, wymaga to ogromnych inwestycji. Skąd zatem bierze Pan na to pieniądze?

— To ryzyko wybrałem już dawno. Powierzono mi np. rekonstrukcję malowidła ściennego w Sali Senatorskiej na Zamku Królewskim w Warszawie. Prace wyceniono na kwotę, za którą mógłbym w momencie podpisywania umowy kupić pięć samochodów. Wychodziłem z zamku w 1985 r. z 3,5-milionowym długiem. Zawiniła inflacja. Jednak nie żałuję, była to bowiem szansa obcowania z wielkimi humanistami: Aleksandrem Gieysztorem, Stanisławem Lorentzem, Janem Zachwatowiczem. Ich znawstwo przedmiotu, punktualność, niespieszność, nienaganne maniery to wzór, do którego powinno się zmierzać.

Gdyby w Polsce twórcy w mojej dziedzinie sztuki przysługiwały tantiemy, dziś dysponowałbym dużymi pieniędzmi. Syrenkę, którą zaprojektowałem dla Cory w 1965 r., powielano w miliardach egzemplarzy. Gdyby choć złotówka z tytułu każdego sprzedanego, opatrzonego nią ubioru, wpływała na moje konto, łatwo policzyć, że nie potrzebowałbym donatorów. Sam bym wspierał młode talenty i byłoby mnie na to stać. Tymczasem zapłacono mi za nią równowartość przeciętnej pensji krajowej. A przecież to tylko jedna z blisko stu firm, które zakupiły u mnie znak firmowy. Choć w Polsce obowiązuje znowelizowane prawo autorskie, zazwyczaj nie jest ono respektowane. Dość nagminnie reprodukuje się prace autorskie, nie płacąc artyście za wykorzystanie dzieła. Mało tego, czasami nie podaje się nawet jego nazwiska.

“Liczą się nie tylko pieniądze. Sztuka od tysiącleci jest wpisana w istotne potrzeby człowiecze i tego nie zmienimy. Bywa, że do historii przechodzi nie bankier, lecz artysta. Zdarza się też odwrotnie. Najważniejsze, by ci dwaj spotkali się i porozumieli za życia. Współtworząc dziedzictwo kultury, zgodnie wkroczyliby na karty encyklopedii”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Renata Zawadzka

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / TRZEBA KREOWAĆ SZLACHETNY SNOBIZM