Ogłoszona trzy dni temu przez ministra zdrowia koncepcja likwidacji kas chorych (szesnastu regionalnych oraz mundurowej) i stworzenia zamiast nich jednego Narodowego Funduszu Ochrony Zdrowia (nazwa skądś jest znana...) dotychczas recenzowana jest w pełnej zgodzie z politycznymi afiliacjami recenzentów. „Trybuna” chwali, a gazety lokujące swoje sympatie po stronie byłego rządu przywalają aż miło. Szkopuł w tym, że w tej sprawie każdy trochę racji ma i trochę nie ma.
Cały problem z nieudaną reformą służby zdrowia polega na tym, iż nie zostało spełnione jej podstawowe założenie, jakim było ujawnienie oraz zewidencjonowanie WSZYSTKICH pieniędzy krążących w systemie. Ten wymóg został całkowicie odrzucony przez najbardziej wpływową część środowiska lekarskiego — tę mającą dostęp do pieniędzy, nazwijmy to, szarych. Z oczywistych powodów grupa ta zwana jest lobby ordynatorsko-profesorskim.
Przez służbę zdrowia — od dawna już „uspołecznioną inaczej” — nadal płyną dwa strumienie pieniędzy. Pierwszy, oficjalny, pochodzący głównie ze składek przekazywanych za pośrednictwem ZUS i dotacji budżetowych, zawsze był niewystarczający, a co gorsza źle zarządzany. Wystarczy przypomnieć sprawy wyceny usług medycznych i kontraktów dla placówek, przetargów publicznych w służbie zdrowia czy wielostronnych manipulacji przy refundowaniu kosztu leków. Drugi strumień zasilają pieniądze przynoszone w kopertach przez pacjentów i przejmowane przez grupę lekarzy, którzy w szpitalach — rzadziej w przychodniach — od dawna prowadzą praktykę jak najbardziej prywatną.
Jeśli ten pierwszy strumień mógłby zostać wielkim wysiłkiem jakoś ujęty w ryzy, to w walce z prywatą państwo poniosło klęskę całkowitą i bezdyskusyjną. Autorzy reformy systemu naiwnie założyli bowiem, że medycy mający dostęp do dużych i nie opodatkowanych dochodów zgodzą się powiedzieć „dosyć, wystarczy”. Że ktoś pobierający 1500 zł oficjalnej pensji i zarabiający jeszcze 25 000 na boku przyjmie po reformie 6000 czy może nawet 8000 pensji, a z boków zrezygnuje! Takich wymogów stawiać nie ma sensu i trudno zrozumieć, na co liczono. Chyba na jakieś środowiskowe katharsis, jednorazowy akt przypływu uczuć wyższych. Nic takiego nie nastąpiło, bo i nastąpić nie mogło. Pieniądz przesłonił wszystko i cała reforma legła w gruzach.
Najnowszy pomysł ministra wiele tu nowego nie wprowadza. Być może zwiększy się nieco dyscyplina gospodarowania oficjalnymi pieniędzmi, co jest oczywiście słuszne i pożądane. Nie widać natomiast szans na połączenie dwóch strumieni pieniądza w służbie zdrowia, a bez tego trudno będzie o jej faktyczne zreformowanie. Nadal bowiem nie będzie wiadomo, jakie są rzeczywiste koszty działania szpitali i ile naprawdę musi kosztować każdy zabieg. A bez tej wiedzy nie powstanie logiczny system finansowania, zekonomizowany, ale uwzględniający też aspekty społeczne. I tak koło się zamyka.