Trudno powiedzieć, jak traktować informacje podane wczoraj w Brukseli przez unijną komisarz ds. konkurencji Neelie Kroes i ministra skarbu Aleksandra Grada. Tak naprawdę była to jedynie promesa pozytywnej dla Stoczni Gdańskiej decyzji, którą Komisja Europejska jest skłonna podjąć przed wakacjami. Potem będzie już ciężko, jako że komisarze zajmą się tylko bieżącą administracją i zaczną pakować swoje biurka. W każdym razie liberalna do szpiku kości komisarz stwierdziła, że nieprawdą jest, jakoby ogłoszenie promesy właśnie wczoraj zostało z niej wyciśnięte uroczystościami zaplanowanymi 4 czerwca pod stoczniową bramą. A kontaktu z przewodniczącym José Manuelem Barroso to w ostatnich dniach unikała po prostu jak ognia...
Premier Donald Tusk politycznego wątku transakcji w zasadzie nie owija w bawełnę i podkreśla wpływ szefa Komisji Europejskiej na postawę komisarz Kroes. Najważniejsze, że rząd wreszcie ma w ręku jakiś argument uspokajający atmosferę w Stoczni Gdańskiej przed obchodami 4 czerwca. Niezależnie bowiem od okoliczności, że w czwartek w południe Donald Tusk uchodzi na Wawel, to po południu do Gdańska przyjeżdża. Diabelskie szczegóły losów stoczni nie zostały jeszcze dopracowane — chyba poza tym, że ostaje się tylko jedna pochylnia, a nie dwie, jak chcieli związkowcy — ale PR-owskie mięso już jest.
Nadzieja dla stoczni tworzy razem z rządowym planem antykryzysowym, nieprzypadkowo przekazanym przez premiera Tuska bezpośrednio klasie robotniczej w Stalowej Woli, jeden pakiet rzucony przez rząd w ostatniej fazie kampanii wyborczej. Ma on zneutralizować fatalny wizerunek rocznicowych obchodów, które miały być wielkim marketingowym triumfem Polski, a stały się politycznym piekiełkiem.
Czytaj też na str. 3