Ubezpieczenia a Y2K: zacofani się nie boją
Na rozwiązanie problemu roku 2000 firmy powinny wydać około 1 mld zł
Co najmniej jedna trzecia zakładów ubezpieczeń nie jest dostatecznie przygotowana do stawienia czoła problemowi roku 2000. Spółki ograniczyły do minimum konieczne na ten cel wydatki, bo wierzą, że milenijna pluskwa nie zainteresuje się ich starymi systemami komputerowymi.
Mimo że problemem roku 2000 zajęła się Polska Izba Ubezpieczeń i Państwowy Urzęd Nadzoru Ubezpieczeń, to stan przygotowania krajowych towarzystw należy uznać za daleko niewystarczający. Według danych PUNU, na koniec września aż 21 polskich firm ubezpieczeniowych (na 58 mających licencję resortu finansów) nie spełniało kryteriów bezpieczeństwa ustalonych przez urząd nadzoru. I niewiele się od tamtego czasu zmieniło.
Wielki ugór
Analitycy rynku szacują, że aby w pełni sprostać wymogom Y2K, polskie zakłady ubezpieczeń powinny zainwestować co najmniej 1 mld zł. Ile rzeczywiście wydały, nie wiadomo, bowiem żadna z firm nie chce ujawniać wysokości wydatków poniesionych w związku z problemem roku 2000. Takimi danymi nie dysponują także PIU i PUNU, które na bieżąco monitorują stan przygotowania ubezpieczycieli. Należy jednak przypuszczać, że spółki wydały dużo mniej pieniędzy, gdyż nie wymieniały one całych systemów informatycznych i ograniczyły się wyłącznie do modernizacji ich najbardziej newralgicznych punktów.
Polski problem
— PZU powołało zespoły, które zweryfikowały oprogramowanie i sprzęt komputerowy. W wyniku tych działań wymieniono około 1,2 tys. komputerów oraz uzyskano odpowiednie certyfikaty bezpieczeństwa. Spółka przygotowała plany awaryjne na wypadek problemów z dostawą prądu, ogrzewania czy połączeniami telekomunikacyjnymi — powiedział nam Adam Taukert, rzecznik PZU.
Przedstawiciele towarzystw ubezpieczeniowych twierdzą, że za całkowicie bezpieczne należy uznać sprzęt i oprogramowanie komputerowe wyprodukowane po 1997 r. W większości takim właśnie dysponują. Analitycy rynku informatycznego twierdzą jednak, że 100-proc. pewność można mieć jedynie co do sprzętu i oprogramowania wyprodukowanych w 1999 roku. Jedno jest pewne. Z blisko 60 towarzystw posiadających licencję na sprzedaż ubezpieczeń zaledwie 2 spółki pracują w trybie on-line (przekazywanie danych w czasie rzeczywistym), i to właśnie, według speców od informatyki, uratuje polski sektor ubezpieczeniowy.
Podstawa to życie
Problem roku 2000, ze względu na czas trwania umów, dotyczy głównie sektora ubezpieczeń na życie. Na szczęście coraz większą rolę w tej branży odgrywają towarzystwa z udziałem kapitału zagranicznego, których akcjonariusze, świadomi konsekwencji, bardzo starannie podchodzą do Y2K. Towarzystwa te poza wymianą sprzętu i oprogramowania, testami na zgodność wykonywanymi przez własne służby informatyczne poddają się badaniom renomowanych niezależnych firm audytorskich.
— Nasze działania dostosowawcze rozszerzyliśmy również na partnerów Amplico Life. Objęły m.in. banki, dostawców sprzętu i oprogramowania, brokerów, dostawców usług komunalnych. Zostały przygotowane specjalne plany awaryjne na wypadek niedostatecznego przygotowania do roku 2000 firm, których działalność ma wpływ na funkcjonowanie towarzystwa — mówi Krzysztof Charchuła, wiceprezes Amplico Life.
Droga na skróty
Towarzystwa ubezpieczeń majątkowych zabezpieczyły się przez Y2K w inny — dość szczególny — sposób. Poinformowały bowiem swoich klientów (Klauzula 2000), że nie odpowiadają za szkody powstałe w wyniku tego problemu. Mimo że nikt nie jest wstanie przewidzieć do końca, jakie będą konsekwencje przejścia przez datę graniczną (01.01.2000), to polscy ubezpieczyciele twierdzą, że zdarzeń związanych z Y2K nie można uznać za losowe, a więc nie stosuje się wobec nich zapisów ustawy ubezpieczeniowej i tym samym nie ma podstaw do składania roszczeń.