Sydney Pollack na początku kariery nie umiał reżyserować, więc zaczął ubierać się jak reżyser. Odzież od L.L. Beana sprawiała, że emanował pewnością siebie, dzięki czemu łatwiej przekonywał do siebie innych. O tym, jak strój może przemienić człowieka, przekonał się również ekspert od przywództwa Warren Bennis. Podczas II wojny światowej został oficerem amerykańskiej armii. Jak wspomina w swojej autobiografii, gdy zakładał mundur i spoglądał na złocone belki na ramionach, od razu wiedział, jak dowodzić grupą charakternych facetów i wydawać im rozkazy. Wojskowy uniform był dla niego symbolem nowej władzy i obowiązków. Jaki z tych historii płynie wniosek? Taki, że jeśli chcemy utożsamić się ze swoją nową rolą: reżysera, menedżera, konsultanta, kogokolwiek zresztą, powinniśmy się ubierać — ale też zachowywać i wysławiać — jak na owych profesjonalistów przystało. Na początku może to wychodzić nam bardzo nieporadnie i sztucznie, ale po pewnym czasie kłamstwo stanie się prawdą.



Poligon umiejętności
— Oryginalność to mit. Aby odnaleźć własny styl, trzeba podpatrywać i naśladować naszych życiowych i zawodowych idoli. Im więcej źródeł inspiracji, tym lepiej — wskazuje Matt Domogala, trener rozwoju osobistego zza oceanu. W podobnym duchu wypowiada się Austin Kleon, amerykański pisarz i propagator kreatywności. W książce „Twórcza kradzież” radzi, by firmę potraktować jak scenę, spodnie i marynarkę — jak kostium, a materiały, narzędzia i sprzęty — jak rekwizyty. Dzięki temu — twierdzi — szybciej staniemy się tym, kim chcemy być. Przypomina historię piosenkarki Patti Smith, która razem ze swoim przyjacielem fotografem znalazła się w miejscu, w którym artystom z Nowego Jorku po prostu wypadało bywać. Oczywiście, ubrali się w stylu bohemy. Choć oboje byli bardzo młodzi i nikt wcześniej o nich nie słyszał, zdołali zwrócić na siebie uwagę. Przede wszystkim zaś do swojej nowej tożsamości przekonali innych. „Zrób im zdjęcie. To chyba artyści” — powiedziała pewna sędziwa turystka do swojego męża. Życie jest teatrem także dla Dorie Clark, specjalistki od marki osobistej. Aby odnieść sukces — wyjaśnia w poradniku „Odkryj siebie na nowo” — nie potrzeba odgrywać żadnych ról. Najprostszym sposobem na pokonanie swoich wątpliwości jest jednak przyjęcie swojej nowej tożsamości z entuzjazmem. Jeżeli zaś szyty na miarę garnitur lub okulary intelektualisty nam w tym pomogą, trzeba je sobie sprawić. Byleby na uniformach i rekwizytach nie poprzestać. Jak do takiej metody autokreacji podchodzą polscy eksperci? — Jeśli strategię „udawaj, aż się uda” rozumieć jako dodawanie sobie odwagi, budowanie pewności siebie, wchodzenie w rolę, to zdecydowanie widzę tu sens. Na sali szkoleniowej nazywamy to symulacjami realnych sytuacji lub poligonem umiejętności — podkreśla Aneta Esnekier, psycholog z Uniwersytetu SWPS w Katowicach. Takie udawanie — dodaje — może prowadzić do realnych zmian, przyspieszać rozwój. Tworzymy nowe profesjonalne nawyki przez wychodzenie ze strefy komfortu. Za takimi ćwiczeniami jest również szkoleniowiec Mirosław Słowikowski. Co więcej, czasami zaleca ludziom, aby trenowali przed lustrem postawę i mimikę czy pracowali nad swoją dykcją. Woli jednak nie nazywać tego udawaniem, tylko zdobywaniem wiedzy i umiejętności.
— Człowiek dojrzały odczuwa napięcie między tym, co jest, a tym, co być powinno. Ma w głowie lepszą wersję samego siebie i do tego wzorca usilnie dąży — wskazuje Mirosław Słowikowski. Ale wchodzenie w rolę profesjonalisty ma także ciemną stronę. Nasi szefowie, współpracownicy i klienci mogą uznać nas za manipulatorów.
— Bez pogłębiania wiedzy i umiejętności w danej dziedzinie nasze próby uchodzenia za kogoś mądrzejszego, bardziej doświadczonego będą tylko hochsztaplerką, przedstawieniem, które nas samych zmęczy. Lepiej odbieramy osoby naturalne i szczere niż kiepskiego aktora na biznesowej scenie — uświadamia Aneta Esnekier.
Zgadza się z nią Mirosław Słowikowski, który ostrzega, że przy kreowaniu wizerunku na siłę pojawia się silny rozdźwięk pomiędzy tym, jacy jesteśmy, a jak chcemy być odbierani. To dzieje się w naszej psychice. Gdy sami nie akceptujemy swojej niespójności, tym bardziej inni nie dadzą się nabrać. — Moje wieloletnie doświadczenia trenerskie dobitnie pokazują, że wszelki fałsz ludzie szybko wyłapują. Nikt nie lubi być manipulowany, oszukiwany, wprowadzany w błąd. Gra czy bezmyślne naśladownictwo szybko wychodzi na powierzchnię i częściej dyskredytuje, niż pomaga — przekonuje Mirosław Słowikowski.
Inaczej widzi sprawę Bertrand Le Guern, prezes Petrolinvestu. Kiedyś zastanawiał się, czy bardziej jest sobą w dżinsach, czy pod krawatem, jako szef czy jako typowy brat łata, sypiąc dowcipami na spotkaniu integracyjnym czy zabierając głos w poważnej dyskusji. Dzisiaj wie, że zachowanie trzeba dostosować się do sytuacji i otoczenia. Ta elastyczność — uważa — jest przejawem inteligencji społecznej, a nie jakiegoś wewnętrznego zakłamania. — Mój komunikat dopiero wtedy ma szansę trafić do klienta, współpracownika, gdy jest właściwie sformułowany. Nasze myśli, uczucia, stany ducha domagają się odpowiedniej oprawy. W tym sensie nasze życie i praca przynajmniej do pewnego stopnia są teatrem, sceną, grą, kreacją — mówi Bertrand Le Guern.
Między aktorstwem a prawdą
Grać czy nie grać? Zwolenników i przeciwników strategii „udawaj, aż się uda” próbuje pogodzić psycholog biznesu Jacek Santorski, według którego przez garderobę, gadżety, gesty, ton głosu informujemy otoczenie zarówno o swoim obecnym statusie społecznym i zawodowym, jak i o swoich aspiracjach. Czy jest to złe? Tylko wtedy, gdy nie umiemy dobrać środków, które trafnie wyraziłyby to, co wyznajemy i kim chcemy się stać.
— Aktorstwo — jeśli wiemy, w jaki sposób i kiedy je uprawiać — nie wyklucza naturalności i spontaniczności. Kto w to nie wierzy, niech spojrzy na dwóch wielkich liderów XX wieku — Ronalda Reagana i Jana Pawła II. Obaj byli aktorami, a kto im zarzuci, że przez to przestali być autentyczni? Właśnie dzięki swoim scenicznym talentom umieli w pełni wyrazić wewnętrzną prawdę — twierdzi Jacek Santorski.
Wygląda na to, że trudno w życiu i pracy uniknąć odgrywania ról i udawania. Codziennie występujemy przecież na różnych scenach. Jednym wychodzi to lepiej, innym gorzej. Szczególnie ci drudzy, zamiast wzbraniać się przed „sztucznością” i „aktorstwem”, powinni pomyśleć o profesjonalnej, wizerunkowej obróbce.