Urzędowy optymizm władzy skończył się wkrótce po wyborach prezydenckich. Bardzo długo chwalono się, że Polska się rozwija, pozostając zieloną wyspą na czerwonym oceanie europejskiej recesji. Tymczasem nieuchronne okazuje się — jak to politycy koalicji ogłosili przed udaniem się na zasłużone urlopy — podniesienie podatków. Na razie tylko VAT, ponoć jedynie na trzy lata. A przecież prowizorki są najtrwalsze...
Partia uważająca się za liberalną funduje nam nieliberalny fiskalizm. Uniwersalną radą na wszystkie zagrożenia mają być wyższe podatki. Dzięki nim, według decydentów, i załatamy dziurę w budżecie, i zwalczymy groźbę recesji, i zahamujemy bezrobocie. Tymczasem w Polsce prowadzenie działalności gospodarczej wiąże się nie tylko z koniecznością stawienia czoła olbrzymiej biurokracji, ale również z dużymi kosztami. Każde podniesienie podatków oznacza potencjalnie mniejszą liczbę miejsc pracy w sektorze prywatnym. A ten sektor najlepiej sobie radzi bez urzędniczej troski. Mimo wiatru w oczy tworzy miejsca pracy, i to w regionach, gdzie bezrobocie stało się najpoważniejszym problemem społecznym.
Ale czy politycy mają się czym przejmować? Wystarczy spojrzeć na optymistyczne dla nich statystyki. Z danych GUS wynika, że w ubiegłym roku liczba urzędników w Polsce wzrosła aż o 38 tys. Rzeczywiście, bez dodatkowych podatków trudno taką rozbudowaną armię wyżywić.
Tomasz Sommer
wiceprezes Instytutu Globalizacji