Jedną z głównych idei reformy systemu ochrony zdrowia sprzed kilku lat było wprowadzenie na rynek usług medycznych elementów wolnej konkurencji. Pierwszy raz ograniczono konkurencję już na etapie prac parlamentarnych — zdecydowano, że nie będą między sobą konkurować instytucje ubezpieczające, czyli kasy chorych. Z każdą kolejną poprawką do reformy konkurencji było coraz mniej — na kolejnym zakręcie dziejowym odrębne kasy chorych zastąpił jeden Narodowy Fundusz Zdrowia.
To nieprzypadkowy proces — politycy wiele wysiłku włożyli, by przekonać społeczeństwo, że konkurencja to coś złego. Straszyli nas karetką pogotowia, która nie zabierze ciężko chorego, dopóki nie zobaczy książeczki czekowej. Budzili grozę opowieściami o służbie zdrowia dla bogaczy. W rezultacie mamy to, co mamy — służbę zdrowia wspólną, ale biedną, która niezależnie od tego, czy ktoś jest biedny, czy bogaty, oferuje równie niewystarczający poziom usług.
Obecny minister zdrowia jest ofiarą tych mitów — choć paru jego pomysłom można przyklasnąć, nie decyduje się na zdecydowane prorynkowe rozwiązania. Usiłuje za to zastąpić rynek aparatem urzędników, którzy mają decydować, który szpital ma szanse przetrwać, a który nie. Wydawało się, że pół wieku nauczyło nas, że nawet największe komisje planowania nie są w stanie zastąpić praw rynku. Okazuje się, że nie wszystkich i próbujmy nadal.
Adam Sofuł