Jest kilka powodów na realizację takiego scenariusza. Po pierwsze, Brytyjczycy nigdy za bardzo nie kochali Europy. I to mimo faktu, że korzyści ekonomiczne przewyższały koszty. Po drugie, jeśli jeśli członkowie strefy euro pokonają dzielące ich różnice i jeszcze głębiej się zintegrują, to oni sami porzucą Wielką Brytanię, gdyż idea mówi o wspólnym rynku, zaś członkostwo Wielkij Brytanii oparte jest o pewną jego fragmentację i niezależność.
Co prawda premier Cameron i sekretarz skarbu Osborne mogą mówić o „bezlitosnej logice” euro, jednak na szczytach partii Konserwatywnej i Pracy ekonomiczne debaty zdominowane są przez tych, którzy postrzegają Euroland jako swoistą katastrofę i uważają, że mają rację.
Ich pewność ma jednak ma mało wspólnego z ekonomią, bardziej z mizantropią: Brytyjczycy nie lubią na tyle Europy Południowej by zaoferować jej unijne subsydia i dotacje.
Teraz kiedy strefa euro dotknięta jest przez pożar, część eurosceptycznie nastawionych Torysów (wchodzących w skład Partii Konserwatywnej) chce stać na czele straży ogniowej równocześnie blokując zmiany traktatowe zmierzające do wsparcia wspólnej waluty, chyba że Unia Europejska odda część uprawnień kontrolno-dowódczych w ręce Brytyjczyków. To swoista metoda szantażu.
