Kilka lat temu miałam wypadek samochodowy. Tył mojego auta został zmasakrowany przez inny pojazd, którego kierowca nie zauważył czerwonego światła. Sprawa wydawała się jasna — byli świadkowie, protokół został spisany, wszelkie formalności dopełnione, auta pojechały do naprawy i wtedy… ubezpieczyciel stwierdził, że nie wypłaci mi ubezpieczenia. Doszedł do wniosku, że wypadek nigdy nie miał miejsca.
Sprawa trafiła do sądu. Gdy z najlepszym adwokatem, pewna wygranej udałam się na rozprawę, zafundowano mi zimny prysznic. Niezależny biegły sądowy, który nie umiał nawet poprawnie napisać marki mojego samochodu, stwierdził, że wypadek na 100 proc. nie miał miejsca. Powołano drugiego niezależnego biegłego i… historia się powtórzyła. Ja wiem, że ktoś uszkodził mi auto, sprawca się do tego przyznaje, świadkowie potwierdzają, że widzieli wypadek, a ekspert twierdzi, że kraksy nie było! Jego zdaniem, straciłam bagażnik, uderzając w słupek, a sprawca zlikwidował przód samochodu, zahaczając o wystający z ziemi pręt.
Ta historia przypomniała mi się, gdy słuchałam opowieści konsultantów wypełniających wnioski o dotacje. Ich zdaniem, projekty były bardzo dobre. Zdaniem przedsiębiorców prowadzących firmy od lat, inwestycje były niezbędne — podnosiły konkurencyjność i wprowadzały istotną zmianę w procesie lub produkcie. A jakie były opinie niezależnych ekspertów? Według nich, 90 proc. przedsiębiorców nie radzi sobie z lokowaniem pieniędzy — nie warto więc wspierać ich w realizacji inwestycji.
Ja w końcu wygrałam mój proces. Czy przedsiębiorcy też wyjdą obronną ręką ze zmagań z fachowcami i czy w ogóle podejmą dalszą walkę? Czy też część z nich uzna, że wystarczy już upokorzeń i tracenia czasu…