Branża spożywcza konsoliduje się, ale wciąż jest rozdrobniona w porównaniu z krajami „starej” Unii.
olskie produkty spożywcze nie tylko mają powodzeniem na rynku unijnym, lecz także znajdują swoich odbiorców na całym świecie. Aby sprostać wymogom ilościowym, jakościowym oraz cenowym, przedsiębiorstwa z branży muszą się konsolidować.
Mniej, ale bardziej wydajnych
Bodaj największe rozdrobnienie jest w branży mięsnej.
— Świadczą o tym liczby. Trzy największe grupy, czyli Animex, Sokołów i Duda mają łączny udział w rynku szacowany na 13-15 proc. — mówi Jerzy Majchrzak, rzecznik prasowy Grupy Sokołów.
Procesy łączenia są w branży mięsnej konieczne — mniejsze ubojnie nie są wystarczająco efektywne, mają też problemy ze spełnianiem standardów narzuconych dyrektywami Unii Europejskiej. W 2007 r. skończył się 3-letni okres przejściowy, podczas którego przepisy unijne były zliberalizowane. Od stycznia 2008 r. obowiązuje bardzo restrykcyjna polityka dotycząca jakości mięsa — przykładowo każdy producent musi na 24 godziny przed ubojem uzyskać od weterynarza zaświadczenie, że zwierzę jest zdrowe.
— To, że procesy konsolidacji najczęściej dotyczą ubojni, nie zagraża podaży mięsa. Na rynku zostanie mniej zakładów, ale konsumenci zyskają za to lepszą jakość produktu oraz większe bezpieczeństwo zakupu — tłumaczy Jerzy Majchrzak.
To ważny argument za konsolidacją. Nadal duża część mięsa na rynku pochodzi z niesprawdzonych i niepewnych źródeł. Rozmiary szarej strefy mogą sięgać nawet 30 proc. Jest więc stale sporo do zrobienia. W Danii w ok. 30 ubojniach co roku zabijanych jest ok. 25 mln świń. W Polsce aż 800 ubojni zabija ok. 20 mln nierogacizny. Ale i tak jest lepiej, niż było.
— W 2000 r. mieliśmy ok. 6 tys. ubojni. Na początku 2008 r. mamy już 3,4 tys., z czego 3 tys. to ubojnie mięsa czerwonego, a 400 — białego — wylicza Jerzy Majchrzak.
Polska mlekiem…
Eksport wyrobów mleczarskich wzrósł gwałtownie po wejściu Polski do Unii Europejskiej — o ok. 70 proc. w 2004 i 50 proc. w 2005. Od tego czasu wzrost jest już niewielki. Mamy w Polsce ponad 200 firm mleczarskich, ale tylko około 30 zajmuje się eksportem, nierzadko sprzedając za granicę ponad 80 proc. swojej produkcji. O ile jeszcze parę lat temu głównym produktem eksportowym z polskich mleczarni było mleko i serwatka w proszku, to dziś dynamicznie rozwija się także eksport serów, jogurtów czy masła.
Polscy przedsiębiorcy są nadal konkurencyjni pod względem cen surowca, kosztów pracy, ziemi oraz energii. Jednak dystans kosztowy w stosunku do krajów „starej” Unii systematycznie się zmniejsza. Konieczna jest poprawa efektywności produkcji, przedsiębiorstwa z branży chcą więc wykorzystać dobrą koniunkturę na rynku, by pogłębiać procesy restrukturyzacji oraz konsolidacji.
— Naszą grupę kapitałową tworzy sześć zakładów zajmujących się przetwórstwem i dystrybucją wyrobów mleczarskich. Konsolidacja jest najbardziej skutecznym sposobem na tworzenie firm wielkich i bardzo wielkich, które w polskim mleczarstwie — niestety — upowszechniają się bardzo powoli. Powodem jest słabość kapitałowa i brak tradycji. Najważniejszym argumentem przemawiającym za fuzjami jest potrzeba umocnienia polskich firm na konkurencyjnych rynkach światowych — mówi Dariusz Sapiński, prezes Mlekovity.
Pod wspólną banderą
Według poświęconemu sprawom rynku spożywczego raportu firmy badawczej PMR, integrację można zaobserwować także w handlu. Małe sklepy muszą jednoczyć się, by móc konkurować z dużymi hipermarketami. Działając jako jeden podmiot, mają możliwość obniżania kosztów zaopatrzenia oraz logistyki. Taką taktykę stosują m.in.: Polska Sieć Handlowa Lewiatan, skupiająca ponad 1,8 tys. sklepów na terenie całego kraju, pomorska Sieć 34 czy Emperia. Konsolidacji podlegają jednak nie tylko sklepy małe, ale także średnie i wielkoformatowe. Pod względem przychodów największy udział w rynku ma Jeronimo Martins Dystrybucja, który posiada także najwięcej sklepów. Po przejęciu 210 placówek sieci Plus Discount, popularnych Biedronek jest już dobrze ponad 1,2 tys.
Łukasz Łyczkowski