W obecnej sytuacji rewolucja się nie uda

Lesław Kretowicz
opublikowano: 2002-10-28 00:00

Polsce potrzebne są reformy strukturalne. Jednak obecna sytuacja gospodarcza i polityczna nie sprzyja wprowadzaniu rewolucyjnych zmian, tym bardziej że nawet udane reformy nie poprawią sytuacji na rynku pracy — wynika z konferencji naukowej NBP.

Ekonomiści, uczestniczący w dorocznej konferencji naukowej NBP, są zgodni, że wdrażanie reform systemowych w Polsce jest konieczne, jednak należy to robić z dużą ostrożnością i przy współdziałaniu wszystkich instytucji, mających wpływ na rynek. Nie można oczekiwać, że rodzima gospodarka podniesie się sama, wraz z globalnym ożywieniem. Nawet jeśli tak się stanie, będzie to efekt krótkoterminowy, a zagrożenia nadal pozostaną.

Uczestnicy konferencji zgodzili się, że spowolnienie gospodarcze w Polsce jest wynikiem pogorszenia się koniunktury za granicą oraz restrykcyjnej polityki pieniężnej. Zastrzegają jednak, że jest to zbytnie uproszczenie problemu.

— Wyraźne osłabienie tempa rozwoju gospodarczego w Polsce każe przypuszczać, że jedną z najważniejszych przyczyn tego zjawiska jest spowolnienie reform systemowych, a nawet odwrócenie niektórych z nich — mówi Andrzej Wojtyna, członek PAN, wykładowca Akademii Ekonomicznej w Krakowie.

Dodaje, że przyczyną obecnej stagnacji w gospodarce jest także przesadne i zbyt długo trwające powoływanie się przez obecny rząd na odziedziczoną po poprzednikach dramatyczną sytuację gospodarczą. Doprowadziło to bowiem do rewizji oczekiwań podmiotów gospodarczych i utrwalenia tendencji stagnacyjnych.

— Nie można się zgodzić z opiniami polityków, że powrót do wysokiego tempa wzrostu umożliwią automatycznie niskie stopy procentowe i odbicie w Niemczech. Także poglądy niektórych ekonomistów, że wzrost powróci, bo taka jest logika gospodarki rynkowej, są mylące. Taka logika sprawdza się w krajach wysoko rozwiniętych, nie ma pewności, że sprawdzi się w Polsce — ostrzega Andrzej Wojtyna.

Ekonomiści podkreślali, że opóźnienie działań restrukturyzacyjnych stanowi jedno z najważniejszych średniookresowych zagrożeń dla polskiej gospodarki. Zasada, że restrukturyzacja powinna poprzedzać prywatyzację, forsowana przez szefa resortu skarbu, jest ryzykowna. Konsolidacja przedsiębiorstw sprzyja jedynie monopolizacji, zwiększa siłę polityczną sektora i utrudnia znalezienie inwestora strategicznego.

— Istnieje także niebezpieczeństwo, że nowy pakiet Grzegorza Kołodki dodatkowo zniechęci do działań restrukturyzacyjnych przedsiębiorstwa wywiązujące się dotychczas ze swoich zobowiązań wobec państwa i dostawców — uważa Andrzej Wojtyna.

Uczestnicy konferencji podkreślali jednak, że rola NBP, ośrodków badawczych i ekonomistów nie może ograniczać się do krytykowania rządu. Bank centralny, angażując się w dyskusje na temat reform, powinien także wskazać te, które są niezbędne, aby RPP mogła luzować politykę pieniężną. W odpowiedzi przedstawiciele NBP wskazali miejsca, gdzie należy wprowadzić znaczne zmiany. Należy do nich struktura własnościowa polskiej gospodarki.

— Udział państwa w niektórych gałęziach gospodarki jest zbyt duży. Analiza wyników gospodarowania przedsiębiorstw publicznych i prywatnych wskazuje na przewagę firm sektora prywatnego, które w znacznie mniejszym stopniu tracą zdolność generowania zysków. Można to wytłumaczyć większą elastycznością zarządzania i różnym podejściem do restrukturyzacji — wyjaśnia Wojciech Rogowski z departamentu analiz makroekonomicznych i strukturalnych NBP.

Drugim ważnym problemem poruszonym na konferencji była trudna sytuacja na rynku pracy. Niestety, jak wynika z przedstawionych analiz, nie można oczekiwać szybkiego zmniejszenia bezrobocia i wzrostu miejsc pracy.

— Wzrost bezrobocia to efekt czynników demograficznych oraz spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego i zmniejszenia popytu na pracę. Panuje dość powszechnie przekonanie, że gdy gospodarka powróci na ścieżkę wysokiego tempa wzrostu, bezrobocie zacznie maleć. Jednak tę oczywistą zdawałoby się tezę trudno obronić — twierdzi Adam Czyżewski, szef doradców ekonomicznych prezesa NBP.

W jego ocenie, nawet, gdy gospodarka powróci na ścieżkę szybkiego wzrostu, nie przyczyni się to do zwiększenia zatrudnienia. Powodem jest niższa niż w UE wydajność pracy przy rosnących w wyniku konwergencji płac jej kosztach. W takiej sytuacji zmieni się struktura bezrobocia, ale nie poziom. Poprawi się sytuacja fachowców, a brak pracy najmocniej odczują pracownicy nisko wykwalifikowani.