Tygiel 172 narodowości i wszystkich kultur świata. Odzwierciedlają to, tętniące życiem i kolorami, ulice holenderskiej stolicy.
Miasto wzięło nazwę od rzeki Amstel — znaczy ona tyle, co tama na Amstel. W XIII w. pisano ją: Amsteldam. Wzniesiony „na wodzie”, leży na 90 wyspach spiętych 8 drewnianymi mostami zwodzonymi i 1281 mostami, wśród których próżno szukać dwóch jednakowych. Zabytkowe kamieniczki o niepowtarzalnych fasadach i szczytach usadowiły się nad 165 kanałami, które półkoliście — niczym pajęcza sieć — oplatają miasto. W skład tego systemu kanałów i śluz wchodzą dwie rzeki — Ai i Amstel, która nie ma ujścia: ginie w kanałach, co można zobaczyć na własne oczy, stojąc na moście na placu Mennicy. Przy brzegach kanałów cumuje 2,5 tys. łodzi mieszkalnych (rezydencje bardzo modne i drogie), a na falach kołysze się 70 statków wycieczkowych i 120 rowerów wodnych.
Bezsenność w mieście
— Relacje XVII-wiecznych podróżników donoszą, że Amsterdam cuchnie. Bo kanały — droga transportu w kupieckim, portowym mieście — służyły też do odprowadzania nieczystości. Dziś już nie śmierdzą. Wodę wymienia się cztery razy w tygodniu latem i dwa razy na tydzień zimą. Przez jedną noc udaje się zmienić 600 tys. m sześc. wody, więc by wymienić całą — 2 mln m sześc. we wszystkich kanałach — potrzeba 3 nocy. Zużyta woda wypierana jest w kierunku morza — wyjaśnia Janusz Krupa, szef Niderlandzkiego Biura ds. Turystyki i Kongresów.
W mieście założono 28 parków — m.in. ogromny Vondelpark, gdzie ludzie przychodzą pojeździć na wrotkach, odpocząć na trawie lub posłuchać organizowanych tu często koncertów — zasadzono 220 tys. drzew i 600 tys. kwiatów cebulowych w parkach i ogrodach. Naliczono 600 tys. rowerów, 232 tramwaje, 21 różnych targów ulicznych — w tym jeden pływający targ kwiatowy — 10 334 sklepy, 1250 restauracji, 1215 barów i kawiarni, 55 teatrów i sal koncertowych, 51 muzeów...
— Amsterdam nigdy nie śpi, w mieście wciąż coś się dzieje. W 2005 obchodzono Rok Wody, 2006 to Rok Rembrandta... Nawet gdy nie ma żadnych imprez tematycznych, i tak kilka razy w roku ludzi ogarnia sympatyczne szaleństwo. Zwłaszcza 30 kwietnia, w rocznicę objęcia tronu przez królową Beatrix. Wszystko płonie wtedy pomarańczem — kolorem dynastii Oranje-Nassau. Amsterdamczycy ubierają się w pomarańczowe stroje — widziałem nawet tak pomalowanego psa! — i świętują na ulicach. Każdy wynosi z domu starocie do sprzedania, więc stolica przemienia się w ogromny pchli targ, podlany hektolitrami piwa. O jeździe samochodem trzeba wtedy zapomnieć! — wspomina Janusz Krupa.
Kolejny barwny dzień to 6 grudnia, gdy do miasta wjeżdża konno św. Mikołaj. Zgodnie z holenderską tradycją przypływa parowcem z Hiszpanii. Towarzyszą mu Czarne Piotrusie — ludzie o ciemnych twarzach.
Muzyka na wodzie
Miasto pozostaje „gorące” nawet zimą, a to za sprawą Amsterdam Winter Adventure — cyklu wystaw w różnych muzeach. Z kolei latem ludzie żyją Amsterdam Arts Adventure: rozmaitymi festiwalami, imprezami, wystawami, takimi jak występy teatrów ulicznych, przedstawienia baletowe czy sierpniowy muzyczny festiwal na kanałach.
— Koncerty muzyki klasycznej — także dla dzieci — organizowane są w budynkach nad kanałami, czasem na ich dachach i tarasach. Imprezę wieńczy koncert na podium pływającym po Prinsengracht, kanale Książęcym, przed hotelem Pulitzer. To kultura przez wielkie K, choć jej odbiór jest nieformalny. Bo publiczność — kołysząca się na łódkach przed podium, obsiadająca mosty, rozłożona na kocach wzdłuż kanałów — nosi luźne stroje i sączy wino, słuchając muzyki — opowiada Janusz Krupa.
Amsterdamskie muzea nie potrzebują rekomendacji — Rijksmuseum ze wspaniałą kolekcją malarstwa holenderskiego, Van Gogh Museum, Museum het Rembrandthuis, Koninklijk Paleis (Pałac Królewski) na placu Dam, Anne Frank Huis — dom, w którym w czasie II wojny światowej ukrywała się z rodziną i pisała swój słynny pamiętnik Anna Frank, czy Nemo — interaktywne muzeum nauki i techniki, którego pochyły dach zmienia się latem w miejską plażę. Te przybytki wabią nawet turystów, którzy wolą chłonąć lokalne klimaty, spacerując po ulicach i podglądając ludzi — bo są wśród nich tak niezwykłe, jak Pijpenkabinet: muzeum fajek, Nationaal Brilmuseum: muzeum okularów, wreszcie Sex-museum Amsterdam „Venustempel”, a nawet The Hash Marihuana & Hemp Museum.
— Mają też muzeum poświęcone kotom! Kattenkabinet w kamienicy zapełnionej figurkami kotów i plakatami z ich wizerunkami. A na kanapach rezydują 3 czy 4 żywe zwierzaki — dodaje Janusz Krupa.
Daleko od zgiełku
Do promocji miasta włączają się mieszkańcy — raz w roku, w jeden z weekendów majowych, właściciele kamienic nad kanałami udostępniają do zwiedzania prywatne ogródki.
— Spacerujących nad kanałami zżera ciekawość, co kryją mury oddzielające zabytkowe domy od ulicy. Weekend otwartych ogrodów pozwala ją zaspokoić. Czasem aż trudno uwierzyć, jak pięknie Holendrzy potrafią urządzać ogrody. Wspaniałe są te kwietne oazy ciszy i spokoju — przekonuje Janusz Krupa.
Ucieczką od zgiełku jest także przekroczenie bram „hofjes” — przytułków budowanych wokół podwórka z ogrodem pośrodku. Fundowali je od XIV w. bogaci, bezdzietni obywatele dla ubogich, pobożnych kobiet różnych wyznań: Holenderskiego Kościoła Zreformowanego, luteranek, menonitek, katoliczek. Do dziś ostało się w centrum Amsterdamu 47 „hofjes”, zwanych też „domami gościnnymi” lub „wdowimi domami”. W jednym z najciekawszych — Begijnhof — mieszkały w średniowieczu beginki: pobożne kobiety tworzące rodzaj świeckiego zakonu. Pomagały siostrom zakonnym z przyległego klasztoru. Zgodnie z tradycją, wciąż rezydują tu starsi ludzie w potrzebie.
— Najlepiej oglądać cuda tego miasta z pokładu statku. Rejsy po kanałach odbywają się przez okrągły rok. Nie tylko krótkie, standardowe wycieczki, ale też dłuższe, połączone z obiadem, oraz rejsy tematyczne, np. „candle light cruises” — rejsy przy świecach po zmierzchu, a nawet pływające przyjęcia firmowe — przekonuje Janusz Krupa.
Po kanałach kursują również łodzie specjalne, jak Museumboot dopływająca do ważniejszych muzeów — od Rijksmuseum po dom Anny Frank — z przystankami przy ulicy handlowej Kalverstraat i centrum handlowym Magna Plaza. Są także regularne połączenia wodnym autobusem — Canal Bus spina najważniejsze punkty miasta. Indywidualiści — i miłośnicy wysiłku fizycznego — mogą zaś wynająć rower wodny do samodzielnego zwiedzania miasta.
Piwo i diamenty
Warto odwiedzić szlifiernię diamentów — np. Gassan Diamonds, Coster Diamonds, Amsterdam Diamond Center itd. — bo te szlachetne kamienie odegrały dużą rolę w historii miasta. Początki handlu diamentami sięgają tu XVI w., kiedy znany szlifierz Willem Vermaet wybrał Amsterdam na swą siedzibę. W XVII w. miasto stało się jednym z najważniejszych ośrodków handlu diamentami. Pocięto tu i oszlifowano wiele słynnych kamieni — wśród nich największy diament świata: Cullinan, a także diament najmniejszy, zaledwie 0,00012 karata. W 1852 r. do Amsterdamu trafił sam Koh-i-noor, zdobiący brytyjskie insygnia koronacyjne. Kwitnący biznes zniszczyła II wojna światowa, gdy do obozów koncentracyjnych wywieziono ponad 2 tys. szlifierzy żydowskiego pochodzenia... Ale po wojnie udało się diamentowy handel ożywić.
— Turyści obserwują pracę szlifierzy, ucząc się różnic między szlifami i poznając jakość kamieni. Mogą się im przyjrzeć z bliska, bo ochrona nie spuszcza oka z diamentów, a i drzwi są zaryglowane. Organizatorzy pokazu mają też nadzieję, że goście coś kupią. Ceny są zróżnicowane: od 100 euro za drobny brylancik, do kilkuset tysięcy — dodaje Janusz Krupa.
Z Amsterdamem kojarzy się także Heineken. Turysta zwiedzający dawną, 139-letnią siedzibę browaru może doświadczyć, jak to jest być... butelką piwa! Zaczyna jako pusta butelka i przechodzi przez wszystkie etapy procesu butelkowania — łącznie z podróżą na taśmociągu w towarzystwie tysięcy innych butelek. Kończy jako gotowy produkt, czekający na konsumenta...
— Browar zachował oryginalny charakter — pozostały tu olbrzymie kotły do warzenia chmielu, imponujące silosy do przechowywania ziarna. Zwiedzający wędrują po zakamarkach, wolno im zajrzeć w każdy kąt. Poznają tajniki procesu warzenia i historię Heinekena, delektując się przy tym kuflem piwa. Po drodze czekają ich atrakcje — spotkanie z doktorem Elionem, wynalazcą drożdży Hei-nekena, czy wysłanie e-maila ze swoim zdjęciem lub klipem wideo. Ludzie wygłupiają się, machają rękami, a ich popisy są tak montowane, że pozdrawiają znajomych znad taśmy produkcyjnej Heinekena — opowiada Janusz Krupa.
5 gram od lat 18
Tradycja tolerancji i współistnienia kultur przejawia się w Amsterdamie w sposób niekiedy zaskakujący — miasto zadziwia turystów coffee shops, lokalami otwarcie sprzedającymi niewielkie ilości marihuany i haszyszu (do 5 g klientom od 18 lat) oraz dzielnicą Red Lights District, gdzie prostytutki czekają na klientów w przeszklonych witrynach oświetlonych czerwonymi światełkami.
— W coffee shops nie trzeba od razu sięgać po skręta — można zjeść ciastko z marihuaną albo wypić jakiś napój z tym narkotykiem. Nadaje to miastu koloryt‚ a jeszcze parę lat temu było magnesem, ściągającym do Amsterdamu młodych z całej Europy. Dziś coffee shops już chyba spowszedniały... Pewnym symbolem jest też Dzielnica Czerwonych Latarni, bo wielu turystów uważa, że jeśli nie przespaceruje się tędy wieczorem, to nie zobaczy prawdziwego Amsterdamu. Choć nie każdy chce ją oglądać — wiąże się przecież z półświatkiem, z ludzkimi tragediami... Zapuszczając się tam, należy unikać odludnych miejsc i fotografowania. Panie tego nie lubią — wołają swych „opiekunów” i można stracić aparat. Niejedna ekipa telewizyjna wyławiała już sprzęt z kanałów... — mówi Janusz Krupa.
Paradoks, bo w tym rejonie znajdują się również jedne z najpiękniejszych zabytków Amsterdamu, np. Oude Kerk, najstarszy kościół w mieście, dom Rembrandta, obecnie muzeum poświęcone wielkiemu artyście czy muzeum Amstelkring — piękna mieszczańska kamienica z katolickim kościołem ukrytym na najwyższym piętrze. Jest też mnóstwo fajnych knajpek. Jedna z sympatyczniejszych to dawna marynarska tawerna z 1550 r. Ale jedzenie w Amsterdamie to oddzielny temat — parę setek restauracji i 1,5 tys. kafejek mówi samo za siebie.
Setki lat tradycji
— Skosztuje się tu zarówno potraw z całego świata, jak i tradycyjnych dań holenderskich, np. stamppot — to narodowa potrawa jednogarnkowa — serów, śledzi, krokietów, naleśników, piwa i jenever, czyli jałowcówki. Na zwyczaje kulinarne Holendrów wywarła wielki wpływ kuchnia indonezyjska, mieszka tu bowiem wielu Indonezyjczyków z tej byłej holenderskiej kolonii. Jedną z ich potraw jest „ryżowy stół” — różne rodzaje mięs i warzyw podawane z ryżem według zasady, że kolejne dania są coraz ostrzejsze. Naprawdę, ciężko dojść do końca tego zestawu! — uważa Janusz Krupa.
W pejzaż miasta wtopiły się tradycyjne „bruine cafés” — „brązowe kawiarnie” — liczące paręset lat, przytulne kawiarenki w staromodnym stylu, coś w rodzaju holenderskiego pubu. Panuje w nich luźna, domowa atmosfera, a zamiast muzyki słychać gwar i śmiech. Podają tu piwo i inne alkohole, kawę i przekąski. Café Chris, najstarsza amsterdamska „bruin café”, działa od 1624 r.! Prężnie rozwijają się także „grand cafés” — nowoczesne, przestronne, jasne lokale urządzone zgodnie z najnowszymi trendami. A gdy tylko robi się cieplej, pojawiają się przykawiarniane ogródki. Większość nad samą wodą, głównie na placach Leidseplein i Rembrandtplein oraz w Vondelpark. W ich pobliżu często występują uliczni artyści.
— Tarasik nad kanałem, parę stoliczków... W ciepły letni wieczór pije się tu kawę i coś prze-gryza, obserwując przepływają- ce łódki i oświetlone lampkami drzewa. To jeden z moich ulubionych sposobów spędzania czasu w Amsterdamie — wyznaje Janusz Krupa.
