W Polsce źle liczymy

opublikowano: 18-10-2012, 00:00

Rozmowa z Jackiem Pawlakiem, prezesem Toyota Motor Poland

Sprzedaż nowych aut powinna być przynajmniej trzy razy wyższa. Ale w Polsce źle liczymy. I to zarówno w domach, jak i w rządzie.

„Puls Biznesu”: Sprzedaż nowych samochodów w Polsce spada. Część ekspertów uważa, że nie będzie lepiej. I to nie przez kryzys, ale przez nasycenie europejskiego rynku. Po prostu więcej już nie przyjmie.

Jacek Pawlak: To nieprawda. Rzeczywiście, starzejące się rynki zachodniej Europy można uznać za nasycone. Ale nie Polskę. Na dobrą sprawę Polacy jeszcze nie zaczęli kupować nowych samochodów.

Nie zaczęli?

Nie. Popatrzmy na Rosję. Tam rynek rośnie w szybkim tempie, być może w tym roku osiągnie 3 mln samochodów. A to oznacza dogonienie Niemiec. Podobny potencjał drzemie w Turcji, no i w Polsce. Proszę zwrócić uwagę, że w porównywalnej z naszym krajem Hiszpanii sprzedaje się prawie cztery razy więcej aut niż u nas. I to w kryzysie. Słowem: wyniki polskiego rynku — 300 tys. nowych aut na 40 mln mieszkańców — oznaczają, że Polacy jeszcze na samochodowe zakupy nie ruszyli.

A czy to nie jest tak, że Hiszpanów nawet w kryzysie po prostu stać na nowe auta?

Hiszpanie zarabiają lepiej, ale nie można zapominać, że ten kraj jest pogrążony w głębokim kryzysie. Ponad połowa młodych ludzi nie ma pracy. Mimo to Hiszpanie kupują cztery razy więcej nowych aut niż Polacy. Znowu przytoczę przykład Rosji: tam zarobki są bardziej porównywalne z naszymi. Oczywiście, populacja Rosji jest ponad cztery razy większa, ale Rosjanie kupują dziesięć razy więcej nowych aut. Przy zachowaniu skali w Polsce powinno się sprzedawać co najmniej milion aut rocznie. Na co najmniej tyle oceniam polski potencjał zakupowy.

Po polskich drogach jeździ już sporo samochodów. Może nie potrzebujemy więcej?

Rzeczywiście, mamy w kraju ponad 18 mln aut. To około pół auta na mieszkańca, czyli tyle, ile w Wielkiej Brytanii. Polskę i Wielką Brytanię różni jednak istotna sprawa: wiek pojazdu. Polska średnia to 16 lat. Średnia europejska to 9 lat. Polacy naprawdę potrzebują nowych aut. I to nie jest wyłącznie sprawa wygody czy prestiżu.

A czego?

Ekonomii. Czasami, gdy analizuję polski rynek sprzedaży samochodów, odnoszę wrażenie, że my Polacy zupełnie nie potrafimy albo nie chcemy liczyć. Dotyczy to zarówno skali makro, jak i mikro.

Co to znaczy?

Polskę zalewają wyeksploatowane pojazdy z całej Europy. Kupujemy to, co Europa wyrzuca. Trafia do nas rocznie 700 tys. używanych samochodów, czasem się zastanawiam, gdzie je pomieścimy. Tymczasem rząd nie planuje niczego, by tę sytuację zmienić. A inwestowanie w systemy stymulujące sprzedaż nowych aut to czysty zysk. Po pierwsze — rosną wpływy do budżetu z tytułu podatków. Wystarczyłoby podwoić sprzedaż nowych aut w Polsce, by budżet zarobił dodatkowe 6 mld zł. Po wtóre — pojawia się spora szansa zmniejszenia wydatków na leczenie ofiar wypadków. Wiadomo — kolizja w starym aucie niesie dużo większe ryzyko śmierci czy utraty zdrowia. Słowem: z każdej strony się opłaca. Na początek wystarczyłby podatek od starych samochodów rosnący wraz z ich wiekiem. W większości europejskich krajów takie systemy działają. Nie oczekujemy zatem żadnej rewolucji.

A statystyczny Kowalski też nie potrafi liczyć?

Jasne! Nawet jeśli prowadzi własną firmę, z liczeniem kosztów ma poważny problem. Patrzy wyłącznie na cenę auta. Nawet gdy zdecyduje się na nowy samochód, interesują go tylko rabaty. Często jeszcze nie wie, ile kosztuje auto, a już pyta o rabat. Co więcej — jest przekonany, że kupując auto ze zniżką, oszczędza.

A nie oszczędza?

Tylko pozornie. Wybierając nowe auto, czy to dla firmy, czy do użytku prywatnego, nie wolno zapominać, że cena wyjściowa to tylko jeden ze składników kosztu użytkowania. To, czy samochód jest drogi, czy tani, wcale nie zależy tylko od ceny. Wiedzą o tym duże koncerny. Nie wiedzą małe firmy i indywidualni klienci.

Bo nie kupują Toyot?

[Śmiech] Nie. Proszę zwrócić uwagę na rankingi popularności modeli w Polsce i na zachodzie Europy. Lub porównać najpopularniejsze modele flotowe z najpopularniejszymi markami indywidualnymi. Okaże się, że klienci indywidualni stawiają na cenę. Niemal wyłącznie. Stąd popularność w Polsce tzw. tanich marek: Kia, Hyundai czy Dacia.

To źle? Przecież w innych europejskich krajach te auta też się sprzedają.

Owszem. Ale nie przodują w rankingach. Powód jest prosty: te auta wcale nie są tańsze od toyot czy volkswagenów.

Jak to?

Wystarczy policzyć wszystkie koszty posiadania samochodu, uwzględnić cenę odsprzedaży, zwrócić uwagę na cenę części zamiennych i warunki gwarancji. Wtedy się okaże, że auta pozornie droższe są de facto tańsze lub w tej samej cenie. Żeby wybrać najtańszą ofertę na rynku, trzeba porównywać propozycje. Ale nie tylko na poziomie cen i rabatów. Tylko tak można świadomie podjąć decyzję. Ale nie poznałem jeszcze w Polsce indywidualnego użytkownika, który po pięciu latach posiadania auta będzie w stanie powiedzieć, ile go ono kosztowało. Niestety, to samo dotyczy małych firm.

Wyniki polskiego rynku — 300 tys. nowych aut na 40 mln mieszkańców — oznaczają, że Polacy jeszcze na samochodowe zakupy nie ruszyli.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy